whos.amung.us

piątek, 9 maja 2014

Ile jest Olbrychskiego w Otylii?

Autor: Integrator

Zacznę od tego, że nie lubię Daniela Olbrychskiego. Denerwuje mnie do tego stopnia, że gdy przy jakiejś okazji pada jego nazwisko najzwyczajniej w świecie tracę humor a pierwsza myśl jaka mi przychodzi do głowy to niestety obraźliwe słowo "bufon". I choć mam całkiem spory zbiór osób publicznych których nie lubię, akurat jego w tej kwestii wyróżniam bezdyskusyjnie w dodatku w sposób instynktowny. Ja po prostu czuję, że ten człowiek to nic dobrego i być może ten "bufon" jest z mojej strony jakąś formą obrony przed tym wszystkim złem które mnie nachodzi gdy go widzę. Być może, nie wiem.  Ale tak jest i nawet gdy się uśmiecha w charakterystyczny sposób wykrzywiając usta, ja staję się jeszcze bardziej czujny odgadując na poziomie empatii, że to tylko maska.
Nie lubię Tomasza Lisa bo wiem, że poza tymi jego "ę" i "ą" ukrywa się zadufany narcyz, którego kulturę osobistą mogliśmy zgłębić dzięki uprzejmości kogoś kto swego czasu z nim pracował, miał go po dziurki w nosie więc w ramach "podziękowania" nagrał go jak beszta swych współpracowników i wrzucił to do sieci. Z tych samych powodów nie lubię Wałęsy, króla polskiej megalomanii. Być może tylko ja to widzę, ale on nie potrafi wypowiedzieć zdania w którym nie mówiłby nam co trzeba zrobić, albo co on by zrobił, tudzież o tym co zrobił a raczej co mu się wydaje, że zrobił przed dwudziestoma laty - rzecz jasna w pojedynkę. No więc gdy go media dla załatwienia jakieś publicznej sprawy wywloką przed te kamery to ja nie mam wątpliwości, że on powie coś w rodzaju: "Ja chciałem", "Ja ostrzegałem", "Mieście nie dali" i inne w tym guście dyrdymały. Jak więc chodzi o mój "kontakt" z Wałęsą to on trwa dokładnie tyle ile zajmuje mi sięgnięcie po pilota ilekroć go zobaczę w tej telewizji.

Więc nie ma wątpliwości, że poza tym Olbrychskim jest jeszcze kilka takich osób publicznych których przez to ich rozdmuchane ego nie chcę słuchać ani oglądać. Ale że ja tu póki co krajowego spisu bufonów nie prowadzę skupię się jedynie na liderze tego rankingu. Bo jak dla mnie bez względu na to co ja bym jeszcze napisał o Lisie, Wałęsie, Durczoku i całej tej zgrai ludzi dotkniętych klątwą samozachwytu z Olbrychskim zawsze będzie nieporównywalnie gorzej. To co u innych można jeszcze ująć w jakieś ramy, opisane kryteria w jego przypadku nie ma na to żadnych szans. To co w nim siedzi a co mnie tak zniechęca osiągnęło kształt na tyle karykaturalny, że trudno jest mi tu cokolwiek mądrego wymyśleć ponad tego bufona. 
Zastanawiałem się kiedyś dlaczego on tak ma, że się tak ciągle nadyma i wymyśliłem coś tylko na pozór oryginalnego, ale jak się nad tym dłużej zastanowić to ma to ręce i nogi.  Otóż ja sobie pomyślałem, po tej jego akcji odstawionej kilka lat temu w Zachęcie rodem z kart Trylogii, że on po prostu gra. Normalnie jest tak, że gdy padnie "stop kamera" aktorzy rozchodzą się do swoich pokojów, zdejmują stroje, zmywają makijaż i wracają do normalnego świata, do domów, do swych rodzin, albo idą na imprezę czy na zakupy. Olbrychskiemu najwyraźniej coś się przed laty zawiesiło i od tego czasu nawet jeśli już gdzieś zagra, po wszystkim znów "ubiera się" w Kmicica. Muszę tu dla sprawiedliwości wtrącić, że zagrał go Olbrychski na prawdę pięknie i gdy jako dziecko pierwszy raz obejrzałem film "Potop" chciałem być, nie jak większość moim rówieśników Panem Wołodyjowskim, a właśnie Kmicicem. To czym mnie ta postać natchnęła to było coś wyjątkowego i cząstkę tamtego zachwyty wciąż gdzieś tam w sobie noszę. Przez to być może bardziej niż inni wyczulony jestem na to co Olbrychski dziś wyprawia i dostrzegam to czego inni nie potrafią. Ale i on jak sądzę od tamtej chwili, ze zrozumiałych powodów w stopniu dużo silniejszym, także nie potrafi się oderwać, i nieustannie gra tego Kmicica. Tak sądzę. A że wyrwać się ze snu jest trudno gdy otoczonym się jest zgrają klakierów to szansy na poprawę nie widzę.

No więc za co ja się tak pastwię nad tym biednym w gruncie rzeczy i zagubionym w czasie Olbrychskim, spytacie?  Otóż jak już wiemy, pan Olbrychski zmienił niepostrzeżenie zawód i od jakiegoś czasu pojawia się ze zmienną częstotliwością, w programach publicystycznych by tam występować jako ekspert od spraw społecznych a nawet politycznych. A w efekcie zabiegów inżynierów od propagandy, którzy sympatię widzów do zaproszonego aktora czy innej "gwiazdy" próbują przełożyć tak na sympatię do wyrażanych przez niego poglądów, występuje tam w roli niemal autorytetu. I ja się na to nie zgadzam.
 Mnie jego życie osobiste czy zawodowe nie interesuje. Ale że on się pcha na afisz i pretenduje do miana autorytetu a wiec kogoś kim się zamyka usta niepokornym, to ja sobie trochę o nim poczytałem. I wygląda to bardzo słabo, choć w przypadku sztucznie kreowanych mistrzów to już niemal norma. A zatem jak czytamy w Wikipedii pan Olbrychski jest wielokrotnym rozwodnikiem, ma też córkę ze związku pozamałżeńskiego. Zatem wzór męża z niego żaden. Wzorem ojca też nie jest i wiele w tym temacie opowiedział nam swego czasu jego syn, zarzucając mu publicznie zniszczenie dzieciństwa. Zostaje jeszcze to jego aktorstwo ale i to jest na poziomie dyskusyjnym. Ja się co prawda na warsztacie aktorskim nie znam. Nie kończyłem stosownej szkoły, nie wiem co w tej branży uważa się za wybitne a co jest miernotą. Za to na poziomie odbiorcy potrafię po obejrzeniu filmu czy sztuki powiedzieć czy dany aktor jest mistrzem świata czy też próbuje mi wcisnąć coś ma poziomie szkolnej recytacji wiersza. I ten to właśnie naturalny i drzemiący w każdym z nas zmysł estetyczny pozwala mi stwierdzić, że Olbrychski jest po prostu słaby. A gdyby ktoś chciał protestować, niech sobie obejrzy cokolwiek z choćby Hollywood a boleśnie się przekona, że zestawienie Olbrychskiego z dowolny znanym, tamtejszy aktorem jest dla tego pierwszego miażdżące. To są dwa odmienne poziomy a pomiędzy nimi odległość, że zmieścić można Himalaje. Przy czym ten pierwszy stoi u ich podnóża, pozostali na ich szczycie. Jest taka scena w filmie "Okup" w której właściciel linii lotniczych grany przez Mela Gibsona rzuca wyzwanie porywaczom swego syna i ogłasza, że kwotę którą zażądali od niego w ramach okupu przekazuje na nagrodę za ich głowy. A więc ogłasza polowanie, po czym mając świadomość, że naraził tym syna na zemstę bandziorów popada po powrocie do domu w rozpacz. I tu się zaczynają te nieosiągalne dla Olbrychskiego Himalaje. To jest tak piękna scena, że ja nawet nie próbuje tego opisać, możecie to tylko sami zobaczyć. Gibson wyraża w tej scenie tyle emocji twarzą, że to jak idzie o ekspresję aktorską to jest to absolutne mistrzowo. Jest królem. Cóż a teraz wracamy na nasze podwórko i mamy Olbrychskiego z tą jego bezmimiczną, martwą twarzą. Przy najbliższej okazji gdy traficie na coś z jego udziałem, a choćby jakiś program - obserwujcie jego twarz, mimikę.  Nie wiem czy to nie jest efekt jakieś choroby, ale to wygląda niedobrze to jego wciąganie powietrza nosem przy silnie zaciśniętych ustach. I to cedzenie pojedynczych słów z nazbyt dużymi przerwami pomiędzy. Fatalna sprawa. Panowie i Panie nie oszukujmy się. Gdyby ktokolwiek z Was przyszedł z takimi dysfunkcjami starać się o rolę w filmie, zostałby wyśmiany a potem wyrzucony przez ochronę na zbity pysk. Olbrychskiemu to uchodzi, za jakiś powodów wszyscy w koło udają że tego nie widzą, w dodatku rozpływają się nad jego wykwintnym aktorstwem. Dla mnie to jest oczywista słabizna, a najdobitniej potwierdza to nieprzekupna rzeczywistość - czy to nie dziwne, że jakoś brak tego naszego mistrza w nowych, tak masowo produkowanych filmach? Za to, co też znamienne, doceniła jego "mistrzostwo" Biedronka i reżyser tasiemca "Klan". O tak, to jest właśnie ten poziom.
 No więc nijaki mąż, słaby ojciec, mierny aktor, mimo to kandydat na autorytet w sprawach nawet polityki międzynarodowej. Bo taką rolę mu zaproponowano, bo taką rolę zgodził się przed nami odegrać. A przecież dobrze wiemy, choć tej myśli nie dopuszczamy, że gdyby tak dla sprawdzenia kompetencji pana Olbrychskiego ale i innych aktorów, piosenkarzy, muzyków i innych  malarzy zapytać o coś co umieć musi student pierwszego roku politologii to ja jestem przekonany, że on jak i ta cała reszta nadmuchiwanych autorytetów w jednej chwili pokazaliby nam całą nędzę swej niekompetencji. Ale nikt im tych pytań nie zada, oni mają mówić, że jest dobrze, a w razie kłopotów z odpowiedzią, mają mówić, że premier Tusk wie co robi. Czyli dokładnie tak jak to zrobiła ostatnio ta nasza, biedna Otylia.

No właśnie, na koniec film który mnie najpierw przeniósł myślami w okolice osoby Olbrychskiego a potem rzucił do pisania tego tekstu. Spójrzcie kto o zgrozo dołączył do tej zgrai dyletantów. I jak kończy się rozciąganie autorytetu z jednej dziedziny w której jest się znawcą i mistrzem na dziedzinę w której jest się zwykłym nieukiem, przez to narzędziem w cudzej grze. Mam tu niestety na myśli Otylię, naszą uśmiechniętą Otylię która startuje do europarlamentu i wskakuje do wody w której nigdy nie pływała. Posłuchajcie w jak smutny sposób nie potrafi się przyznać do porażki. Posłuchajcie jak nie potrafi sklecić w tej swojej główce jednego poprawnego stylistycznie zdania. Ona wie, ona nie zna nazwy, ale węgiel, ale to CO2, naukowcy, ale premier Tusk chce budować Unię Europejską.... tragedia. Jak uczniak przyłapany na nieprzygotowaniu do lekcji. "Gada całkiem jak bity przez lata po łbie bokser.", "Ludzie, ona zawsze była taka prymitywna?", "Czy ona jest na coś chora?", "A może przez to pływanie niedotleniona?" To tylko niektóre komentarze z sieci. Gaśnie na jej własne życzenie jej gwiazda. Jakże żałośnie kończy się chadzanie nieznanymi ścieżkami. Nie lepiej było Otylio zostać w naszych sercach kimś kogo podziwialiśmy?

 
 
 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz