whos.amung.us

poniedziałek, 19 maja 2014

Gaszone wapno zamiast mózgu – o zawłaszczaniu konwencji

Nie da się pisać poza konwencją. Sztuka polega na tym, by wymyślać własne konwencje lub ulepszać cudze. Ten drugi sposób cieszy się większą popularnością, bo ludzie lubią słuchać tych piosenek, które już znają. No chyba, że mieszkaja w Polsce współczesnej, gdzie wszyscy ją już po dziesięciokroć oszukani i mają dość konwencji, w Polsce, gdzie ostatni posługujący się masowo rozpoznawalną konwencją pisarz właśnie umarł, gdzie nie ma żadnej ciągłości pokoleń, bo edukacja właśnie została zdewastowana i młodzi przestali rozumieć o co chodzi w powieści „Awantura o Basię”. Wtedy możemy śmiało zabierać się za szukanie własnych dróg i pisać tak jak nam w duszy gra z nadzieją, że z czasem powstanie z tego metoda i kogoś do swojej twórczości przyzwyczaimy. I właśnie my z Toyahem się tym zajmujemy. On intensywniej, a ja trochę mniej, bo przez długi czas wydawało mi się, że pisanie to są jakieś zawody w poszczególnych konkurencjach takich jak na przykład opowiadania obyczajowe. Wydawało mi się, jeszcze trzy lata temu, nie tak dawno przecież, że jak napiszę serię dobrych opowiadań obyczajowych, to one może nawet zostaną nagrodzone. I napisałem. Mam na koncie dwie takie książki, są nimi „Dzieci peerelu” i „Nigdy nie oszczędzaj na jasnowidzu”. Nie wiedziałem pisząc je, że ludzie karmiący się literaturą konwencjonalną, nie lubią żadnych zmian. Pisząc „żadnych” ma dokładnie na myśli fakt iż w każdej kolejnej książce musi być to samo co w poprzedniej. Jakikolwiek indywidualizm, osobisty profil autora nie spotka się z aplauzem, zostanie uznany za dziwactwo. Gdybym na przykład napisał, że w czasie gdy chodziłem do szkoły podstawowej miałem ciągoty do podkradania gumy do żucia ze sklepu, zyskałbym większą sympatię, jako autor tych opowiadań, niż kiedy napisałem prawdę – o tym, że byłem pierdołą, co nie potrafiła przeskoczyć poprzeczki położonej na wysokości metr trzydzieści. No, ale stało się inaczej, bo ja po prostu inaczej nie potrafię, a naśladowanie kogoś, dokładne i popadające w pastisz mnie nie interesuje.
 
Książka napisana w jakiejś znanej konwencji jest jak proszek od bólu głowy, albo setka wódki na pusty żołądek. Czytelnik, tępy, nie rozumiejący niczego poza końskimi dawkami emocji, ma po przeczytaniu takiej książki pewność, że dostał do ręki kawał dobrej literatury. I zasypia spokojnie. Potem, może o tym podyskutować z innymi czytelnikami i podnieść sobie samoocenę. Ja ten sposób obcowania z bliźnimi i literaturą znam, ale nie z autopsji, ja go znam z opisów w książkach francuskich pisarzy, a także pisarzy polskich, takich jak Bobkowski, którzy mieszkając we Francji stwierdzić musieli ze zgrozą, że z zapowiadanej finezji, wdzięku i literackiego nowatorstwa nie ma tam nic. Są tylko brzuchy, to co niżej i lustra, w których odbijają się zastawione stoły. U nas dyskusje o literaturze, te które odbywają się w głównym nurcie, zwanym czasem przez Sławomira Sierakowskiego dyskursem publicznym, wyglądają podobnie, tyle, że nie ma tam brzuchów, tego co poniżej, i zastawionych stołów. Są tylko lustra,a w nich gęby przystrojone w okulary.
 
Jedyną poza polityczną konwencją literacką rozpoznawaną przez rodzimych dyskutantów jest ta, w której realizował się zmarły przedwczoraj Marek Nowakowski. On sam jeden i w całości wypełniał niszę obyczajową i nikt w Polsce nie przewidział już w niej miejsca na kogoś innego. Ja się o tym przekonałem pisząc swoje książki obyczajowej, które są dobre i trzymają poziom, a ich niewątpliwą zaletą jest to, że we wszystkich historiach prócz dwóch uczestniczyłem osobiście. Napisałem te książki, wydałem i sprzedałem, a jednym odzewem jaki zauważyłem później był wysyp innych, podobnych, tyle że dużo słabszych książek o czasach późnego PRL, w których autorzy przekonywali czytelników, że oni też wysyłali prośby o prospekty, tyle, że dużo bardziej wdzięczne, bo właśnie mama zapisała ich na angielski i wiedzieli już co i jak. No i przez to wiecie kompromitacji nie było.
 
W opisany wyżej sposób dowiedziałem się, że literatura to nie jest konkurowanie na różnych polach niezależnych autorów, ale coś wręcz przeciwnego. Jest to podawanie ludziom środków na zbicie gorączki, w czasie kiedy oni wcale jej nie mają, kiedy czują się dobrze i chcieliby przeczytać, albo zjeść coś nowego. Nie ma siły, nie dostaną nic, bo każdy autor pogrywający konwencją jest otoczony taką ilością pośredników i tłumaczy tego co on chce powiedzieć, że na czytelnika nie ma tam już miejsca. I wszyscy ci pośrednicy czekają na jedno – na śmierć autora, żeby potem móc opowiadać jak głęboko i pięknie przeżywali jego prozę i jego zgon. Rzygać mi się chce jak widzę coś takiego.
 
Do podobnych histerii dochodzi także w obszarach publicystyki politycznej, gdzie królują takie krokodyle jak Ziemkiewicz. On po raz kolejny napisał konwencjonalną książkę, która ma złamać jakieś inne konwencje, po raz kolejny Ziemkiewicz za pomocą stereotypu jakim jest łamanie stereotypów walczy z nieistniejącymi od dawna w naszych głowach stereotypami. Czy ktoś prócz mnie szydzi z niego zdrowo? Nie, i nie będzie szydzić, ani zdrowo, ani inaczej, bo konwencja dyskusji politycznej, w której czytelnik traktowany jest jak idiota, a autor jak kapłan tajemnych kultów musi być utrzymana. Po prostu musi. Podobnie jak musi być utrzymana konwencja krytyki tej twórczości. Poczytajcie sobie, co o Ziemkiewiczu napisał Skwieciński. To jest nie do złamania, przynajmniej na razie. A ponoć jeszcze do jakiegoś płaskiego obrazoburstwa szykuje się jeszcze Cenckiewicz. A mógłby po prostu napisać biografię Ignacego Matuszewskiego, prawda? Dlaczego tego nie zrobi? Dlaczego ma przymus moderowania dyskusji i na żywca chce wyjmować mózgi swoim czytelnikom, a dziurę zalewać gaszonym wapnem? Ja nie wiem, ale mam pewne podejrzenia.
 
Pracowałem jak wiecie w kilku redakcjach, gdzie panowały stosuneczki typowe dla takich miejsc, czyli mówiąc wprost upiorne. Przekonałem się wtedy, że człowiek pisze przede wszystkim dla swojego pierwszego czytelnika. Tym zaś jest zawsze redaktor. Kto tego nie rozumie nie zagrzeje miejsca w żadnej redakcji. Utrzymanie się tam jest dużo trudniejsze niż bezstresowe donoszenie na bliźniego swego do milicji. Człowiek musi się spłaszczyć do rozmiarów pluskwy i nie ma żadnych szans na to, że sytuacja ta się kiedykolwiek zmieni. Ponieważ pisanie dla redaktorów nie gwarantuje żadnego sukcesu, nie gwarantuje nawet świętego spokoju w pracy, każdy uczciwie piszący autor po nabraniu jakiej takiej dyscypliny warsztatowej powinien stamtąd zwiewać ile sił w nogach. I czym prędzej starać się utrzymać na tych nogach o własnych siłach. No więc ja myślę, że Cenckiewicz musi pisać dla redaktorów z wydawnictwa, które publikuje jego książki. Oni mu mówią co jest ważne i na co czytelnik da się skusić, a co ominie szerokim łukiem. I on się na to zgadza. Bo nie ma wyjścia – tak myśli zapewne, ale to nie jest prawda, zawsze jest jakieś wyjście. Tyle, że z autorami książek utrzymanych w konwencji demaskatorskich kłopot jest taki, że oni są bardzo mocno pilnowani i przez to niesamodzielni. I żaden wydawca nie zrozumie, że ta metoda odbiera sens istnienia ich książkom. Bo on – wydawca – wie lepiej, jak każdy wydawca i jak każdy redaktor. Uczestniczenie w tym układzie grozi, z mojego punktu widzenia katastrofą i kompromitacją. Autorzy stracą całkowicie popularność, a sprzedaż ich książek trzeba będzie stymulować jakimiś upokorzeniami typu Cenckobus, albo wielkimi budżetami na promocję. Może się też zdarzyć, że aby przetrwać wydawcy zaczną podkradać konwencje innym autorom i zmuszać swoich do robienia tego samego tylko inaczej. Dla osób czynnych w środowisku naukowym, zdobywających te wszystkie punkty za publikacje i piszących doktoraty, będzie to bolesnym upokorzeniem. No, ale nie jest to moja sprawa, ja mam swoją misję.
 
Wróćmy do Ziemkiewicza. Usiłuje on sprzedać swoją kolejną, jakże nędzną książkę, za pomocą pewnego lewara. Podnosi stary, z istoty fikcyjny spór pomiędzy kolaborantami a prowokatorami i nazywa go sporem między Stańczykami a Mickiewiczem, między rozsądkiem a sercem, między pracą uporczywą, a słomianym zapałem. To jest oczywiście idiotyzm i gorszy w tej konkurencji od Ziemkiewicza jest tylko Łysiak, albo może nawet dwóch Łysiaków, bo na rynku książki, prócz eksploatowania konwencji mamy jeszcze problem dziedziczności talentów. Okazuje się bowiem, że można odziedziczyć talenty i to się właśnie przytrafiło Łysiakom. Ziemkiewicz zaś sprzedaje łamiąc konwencję i obrazoburząc, albo może lepiej będzie napisać obrazoburcząc. Czy sprzeda? Przypuszczam, że nie, ceny pomidorów bowiem lecą mocno w dół, a niedługo to samo będzie z truskawkami.
 
Nie istnieje i nigdy nie istniał żaden spór pomiędzy romantykami a ugodowcami, a o tym jaką cenę kolaboranci musieli płacić za święty spokój i możliwość pisania w gazetach różnych dyrdymałów wiedzieli tylko oni. Ziemkiewiczowi może się zdawać, że to ich nic nie kosztowało, ale jest w błędzie, a skoro tak to znaczy, że on nawet powołując się na nich łże jak pies. On by chciał być kolaborantem w sytuacji kiedy nie ma okupanta. I takim samym chciałby być bohaterem – na ekranie w kinie wyświetlają film wojenny, na widzów sunie czołg i strzela z działa, wszyscy spokojnie pogryzają popcorn, aż tu nagle z fotela zrywa się jakiś brodaty gość w okularach i woła – hurrraaaaa i rzuca w ekran drewnianym granatem. Zapala się światło, najbliżsi sąsiedzi pana Rafała, jego przyjaciele i znajomi klaszczą, reszta publiczności patrzy z zaciekawieniem co teraz się stanie z tym biednym świrem. Tak wygląda sytuacja Ziemkiewicza na rynku książki opisana a rebours. Nie mogę jej opisać inaczej albowiem nigdy nie byłem kolaborantem, przepraszam, chciałem napisać ugodowcem i nie wiem jakimi narzędziami się taki rzemieślnik posługuje.
 
Przewiduję, że dla czytelników „naszej” prasy i widzów telewizji Republika nadchodzą ciężkie dni. Będą im wyjmować mózgi i lać do czaszek gaszone wapno. Będą im mówić, że lepiej z Niemcami niż z Rosją i o tym, że rozsądek przede wszystkim. Nikt jednak nie opisze co się działo na posterunkach austriackiej żandarmerii, kiedy przesłuchiwano tam i nakłaniano do kolaboracji przyszłych redaktorów „Teki Stańczyka”. Takiej sztuki w Polsce póki co nie potrafi dokonać żaden pisarz. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz