whos.amung.us

sobota, 17 maja 2014

Czy oszukiwanie kobiet jest zawodem?

Im się robię starszy tym silniejsze mam wrażenie, że tak właśnie jest. Oszukiwanie kobiet jest zawodem, który rozwija się w kilku specjalizacjach. Pierwsza i najbardziej popularna to typowy – podaję za grą pósłówek – „puchacz rolny”, który lata od jednej do drugiej, coś tam obiecuje, a potem znika pozostawiwszy po sobie gromadkę dzieci. To jest istota w zasadzie niegroźna, bo niby komu mają te dzieci przeszkadzać? Zawsze się znajdzie ktoś kto je odchowa, no i jest zasiłek państwowy, całe, o ile pamiętam, 40 złotych na dziecko. W działaniach takiego puchacza nie ma finezji, ale nie ma też perfidii, jest tylko prosta fizjologia i tęsknota za urozmaiceniem, a czasami jakieś zwyczajne szaleństwo, którego źródłem może być upadek z drzewa na głowę we wczesnym dzieciństwie, albo coś innego. Troszkę inaczej sprawa ma się z ludźmi, którzy sympatię do kobiet przeplatają z miłością do pieniędzy. Oni są o wiele bardziej wyrafinowani i o wiele bardziej perfidni, w ich działaniach nie ma entuzjazmu i tej ożywczej brutalności, która czasem charakteryzuje puchaczy rolnych, kiedy jakaś pani usiłuje wymóc na takim różne świadczenia. Mężczyźni lubiący pieniądze i dochodzący do nich przez kobiety nie kierują się porywami serca, nie kierują się także rozsądkiem. Oni działają pod przymusem, bo zdobywanie pieniędzy jest przymusem, sami przyznacie i w mojej wyobraźni upodabniają się do elektryków, którzy włażą na słupy wysokiego napięcia. Ryzyko jest potężne, frajda taka sobie, ale wynagrodzenie, szczególnie za nadgodziny, jest niezłe, można się więc raz na jakiś czas na ten słup wdrapać. No to się wdrapują, potem znikają za horyzontem, a te słupy stoją tak jak stały. Nie będę się tu rozpisywał na temat najbardziej popularnych słupołazów, takich jak Jerzy Julian Kalibabka czy ten dziwny gość, co udawał austriackiego konsula pochodzenia żydowskiego i kazał na siebie mówić Jacek Ben Silberstein, bo nie ma potrzeby, wszyscy wiemy o co chodzi. Kobiety są bezradne wobec oszustów, którzy chcą im zabrać pieniądze „na miłość”, bo poprzez taką a nie inną konstrukcję naszego stada, czyli jak to mówią socjologowie, społeczeństwa, mają tak potężne deficyty, że każdy spryciarz, któremu nie chce się robić, a lubi sobie pożyć ma przed sobą wdzięczne pole do popisu. Szczególnie dobrze radzą sobie na tym polu degeneraci ze skrzywieniem sadystycznym. Taka oszukana i na dodatek jeszcze sponiewierana kobieta ma o czym myśleć przez długie miesiące, może roztrząsać wszystkie dramatyczne momenty jakie zdarzyły się w jej związku z oszustem i szukać winnych, co jak wiemy jest ulubionym sportem wszystkich kobiet, nie tylko tych łatwowiernych. Mężczyźni ze środowisk patologicznych z dziecinną łatwością odkrywają deficyty kobiet, a im więcej gotówki ma przy sobie taka pani, tym łatwiej te deficyty odkryć. Kiedy prowadziłem rubrykę porad seksualnych w tygodniku „Pani domu” spotykałem się ze specjalistami z dzieciny seksuologii, którzy moje przaśne wyobrażenia na temat relacji międzyludzkich próbowali jakoś podrasować. I zawsze mi ci dobrzy ludzie powtarzali: panie Gabrielu, podstawą sukcesu w miłości jest właściwe rozpoznanie kobiecych deficytów emocjonalnych. No i ja sobie to zapamiętałem. W życiu jest jednak tak, że człowiek w pewnym momencie decyduje się na małżeństwo i rozpoznawanie deficytów już go nie ciekawi. Jeśli zaś nie decyduje się na to małżeństwo to z biegiem lat rozpoznawanie tych deficytów także traci na atrakcyjności. Okazuje się bowiem, tak gdzieś przy piątym deficycie, że one są niestety powtarzalne i rozpoznawalne z łatwością. Nie da się ułożyć niestety atlasu kobiecych deficytów, bo byłaby to książeczka żałośnie cienka. I właśnie dlatego, żeby uniknąć tej kompromitacji, Pan Bóg wymyślił małżeństwo. Tak sądzę. No, ale są ludzie, którzy owe deficyty traktować zaczynają jako narzędzie do tezauryzacji i o nich tu piszemy. Co to takiego tezauryzacja spytacie? Już wyjaśniam, to jest gromadzenie skarbu. Czynność ta bywa wielce niebezpieczna, nieraz o wiele bardziej niż łażenie w deszcz po słupach wysokiego napięcia, a ma to miejsce wtedy właśnie kiedy w akcję zamieszane są kobiety. Oczywiście, oszukane kobiety, którym zabrano pieniądze, będą płakać, szukać winnych, dzwonić do koleżanek, pisać listy do gazet i wyczyniać inne, niestosowne z punktu widzenia człowieka normalnego rzeczy, ale mogą też wybrać inną drogę. Mogą znienacka chwycić za nóż. To się zdarza i ja w swojej karierze dziennikarza powiatowego opisywałem dwa takie przypadki. Nóż ten wbijają zwykle w pierś stojącego naprzeciwko mężczyzny, który właśnie okazał się na tyle nierozsądny, że zamiast po prostu zwiać, przyszedł – dla głupiej i prostackiej satysfakcji – powiedzieć, że odchodzi i zabiera telewizor, samochód i starą kosmetyczkę pełną złotych pierścionków. Może się też okazać i wcale nie jest to rzadkością, że kobieta oszukana spokrewniona jest z jakimś oficerem policji, a nieraz i wojska. No i wtedy to już właściwie pozamiatane. Słupołaz, żeby przeżyć, musi wrócić, wszystko oddać, pokajać się i albo wziąć ślub, albo wyjechać na antypody i tam rozejrzeć się za paniami, które mają jakieś deficyty. Najgorsi jednak są ludzie, którzy oszukują kobiety na masową skalę. Mówię tu o politykach lewicy, bo oni są w tym mistrzami. Taki Kalisz na przykład, albo Palikot, to są faceci, którym żaden oficer wojska i policji straszny nie jest, bo oni są tak wyszkoleni, że jeszcze by takiemu obrączkę z palca ściągnęli i powiedzieli w głos przed sądem, z ręką przyciśniętą do okładki Pisma Świętego, że to ich. Oszukiwanie kobiet przez polityków lewicy to jest najwyższa specjalizacja w omawiamy tu dziś przeze mnie zawodzie i dochodzą do niej jedynie mistrzowie, którzy mają na koncie masowe rabunki, kilka zniszczonych psychik niewieścich, ciężkie pobicia i nagłe ucieczki w noc z workiem pełnym nie swoich precjozów. To są prawdziwi mistrzowie, a sprawdzianem ostatecznym ich umiejętności, prawdziwym egzaminem mistrzowskim, są wybory do PE lub jakiegoś innego zgromadzenia, w którym ilość kobiet z deficytami emocjonalnymi gwarantowana jest ustawą. Myślę, że już zrozumieliście do czego i komu są potrzebne parytety i feminizm? Po to, by mogła rządzić nami korporacja oszustów matrymonialnych. Można się oczywiście oszukiwać, że tak nie jest, ale człowiek stawia się wtedy na równi z tymi biedaczkami, co je swego czasu okradł Jerzy Julian Kalibabka. No, a nie o to przecież chodzi. Chodzi o to, by być świadomym okoliczności i nawet jeśli są one straszliwe i pogrążające nas wszystkich razem i każdego z osobna, przeciwstawiać się im odważnie, świadomie i skutecznie. Taka jest nasza misja na tej ziemi. O tym rzecz jasna nie mają zielonego pojęcia istoty takie jak Kazimiera Szczuka, której zdaje się, że zasiądzie kiedyś w ławach PE. Podobnymi złudzeniami żyją inne panie z tego ugrupowania i kiedy widzimy je na tych spotach wyborczych, nie chce nam się nawet śmiać. Myślę, że na Szczukę i tę drugą w okularach nie trzeba by nawet wysyłać austriackiego konsula przebranego za Żyda. Wystarczyłby prosty puchacz rolny z Pcimia czy Garwolina sunący po trotuarach krokiem, który niegdyś nosił nazwę paryskiego. No, a tam mamy zawodników poważnych, wspomnianego Kalisza i jego kolegę Palikota. Im się nawet taka satanistka jak Wanda Nowicka nie postawi, a jak się postawi to tylko na chwilkę. Cóż więc te biedaczki mogą zrobić? Mogą się skompromitować i tyle. Nas to jednak nie powinno obchodzić, bo są inne zagrożenia. Ludzie, którzy zawodowo oszukują kobiety są – tak myślę, bo na pewno nie wiem – zrzeszeni w różnych tajnych korporacjach, które mają strukturę hierarchiczną. Oni się między sobą znają, a ci z niższych szczebli aspirują do tego, by być Palikotem i Kaliszem. Takie jest życie po prostu. Jak w każdych naprawdę tajnych strukturach tajność puchaczy, słupołazów i polityków jest autentyczna i przez to groźna. I są w niej takie zakamarki, których nie oświetla moja mała latareczka. No więc teraz posłuchajcie co się wczoraj zdarzyło. Jedna pani rozmawiała z inną panią. I ta pierwsza powiedziała, że w tę sobotę odbędzie się liczenia kart do głosowania przez wyborami do PE. Wszyscy przewodniczący komisji wyborczych zbiorą się w jednym miejscu, oczywiście przewodniczących z danego okręgu, a nie z całego kraju, i karty te zostaną policzone. Potem zaś na cały tydzień pójdą do depozytu, gdzieś do jakiejś centrali. Po tygodniu zostaną zaś wręczone tym przewodniczącym z powrotem. No i ta pierwsza pani wyraziła dość poważną wątpliwość. Stwierdziła, że nikt nie będzie miał czasu liczyć ponownie tych kart przed rozpoczęciem wyborów, żeby sprawdzić czy wszystko się zgadza. Nie będzie więc wiadomo ile ich dokładnie w tej kupce było i czy dokładnie tyle samo co przed oddaniem do depozytu. Czy to czasem jest legalne – zapytała ta pani – wcześniej tak nie było, po policzeniu karty leżały w komisjach (chyba). No, ale ta druga pani powiedziała, że to niemożliwe, żeby nas ktoś chciał oszukać, po prostu niemożliwe. Wezmą te karty, przechowają, a potem oddadzą tyle, ile było. Nie trzeba się martwić. Sami widzicie, że nie jest lekko. Poza wymienionymi specjalizacjami są jeszcze inne, których nie odkryłem i nie opisałem, ale może Wam się uda. Powodzenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz