whos.amung.us

sobota, 31 maja 2014

Sfałszowaliśmy wybory i co nam zrobicie?!

Autor: Integrator

Jest w filmie "Miś" taka scena, absolutnie genialna. I mimo, że wszyscy dobrze już sobie nią buźki otarli, to wciąż tak pięknie pokazuje jak głęboko ma nas to państwo w ...,  że muszę o niej wspomnieć i kropka. Chodzi o ten moment w którym Rysiu Ochódzki prosi szatniarza o swój płaszcz na co ten mu bez specjalnego przejęcia odpowiada, że on jego płaszcza nie ma. Rysiu jak wiemy nie odpuszcza i zgodnie z prawem własności jeszcze głośniej domaga się swego za co mu szatniarz wymyśla od chamów, a w sukurs idzie mu jeszcze kierownik i wypowiada te znamienne słowa: "Nie mamy pana płaszcza i co pan nam zrobi?" Pomijająca fakt, że to jest kwintesencja relacji obywatel-państwo w III RP to pasuje ona też jak ulał do skwitowania tego geszeftu jaki nam w nocy zrobiono z tym jednym procentem głosów w dopiero co zamkniętych wyborach. Ale, że my już od tamtej sceny zdążyliśmy wejść w nowe tysiąclecie to ja Wam tą historię nakręcę na nowo. 
 
Całkiem nie tak dawno, mój dobry kolega dostał wezwanie do prokuratury w związku nadużyciami w szpitalu gdzie pracował kiedyś w stopniu kierownika. Na razie w charakterze świadka, tak przynajmniej stało w piśmie. Mnie to lekko z nóg skosiło, bo to jest uczciwy facet i to w takim stopniu, że gdybym z jakiś powodów musiał teraz gdzieś wyjechać bardzo daleko, a miał powiedzmy parę milionów upchanych w skarpetach, to ja bym mu te skarpety zaraz zaniósł, będąc pewnym, że gdy wrócę to on mi je odda jak je dostał. I ktoś taki ma wezwanie, rozumiecie? Ktoś kto za to kurczowe trzymanie się prawa jak dobrze pamiętam został właśnie stamtąd wyrzucony, i to wprost na bruk przed Urzędem Pracy do którego przez następne pół roku regularnie truchtał  aż się w końcu gdzieś załapał. Nie ważne, to nie ma znaczenia. Dla urzędów liczy się człowiek, jak jest człowiek to może być i sprawa. I ta cała banda lepkorękich cwaniaków, która z nim tam wówczas pracowała, która jak sądzę nie jedno ma za uszami, doskonale wie jak ta maszyna działa. Ktoś więc podał jego nazwisko, ktoś inny mrugnął okiem: "ja nic nie wiem, ale no wie pan panie prokuratorze, wie pan jak to jest z młodymi" i System wszedł w fazę węszenia.
 
Doprawdy nie ma lepszej sceny niż ta z "Misia" by pokazać gdzie my w tym państwie leżymy i do czego nas tu w gruncie rzeczy potrzebują. Niby oczywiste, niby wszyscy w szkole Kafkę czytali lecz wciąż trudno przyjąć ze spokojem - że aby System mógł działać musi mieć jakieś pole, musi mieć "podmiot działania". A wcześniej jeszcze przyczynę. Ciśnie mi się zaraz przykład panów z drogówki co dla poprawienia wyników, stają za wzgórzem lub kryją się za zakrętem w krzakach czyli tam, gdzie najłatwiej pozyskać dla Systemu ów „podmiot działania”. Wszyscy wiemy jak z tym jest. Podchodzą, grzecznie się przedstawiają, zabierają dokumenty i idą sprawdzić czy złapali łosia czy nie daj Boże prawdziwego bandytę. Na ich szczęście to zazwyczaj ktoś z nas, więc zamiast wymachiwać bronią siedzimy cicho i obgryzając paznokcie kombinujemy co tu zrobić by jak najmniej zapłacić.  I gdyby tą drogą poszła też prokuratura, z oczywistych powodów - niemożności łapania bandytów, to ja bym się specjalnie nie zdziwił. Może przesadzam. Być może tak źle jeszcze nie jest. Ale... to dziecko sądzone za kradzież batonika,... ten uczniak skazany za antyrządowe grafiti na murze szkoły,... ten student od niepochlebnej dla prezydenta witryny....  no nie wiem.
 
Tym bardziej, że są tego co wisi w powietrzu i inne syndromy. Posłuchajcie tego. Byłem wczoraj w sklepie odebrać kupiony przez allegro futerał na komórkę. Butik, klitka trzy na trzy pełna kartonowych pudeł. Transakcja jak ich co dzień miliony. Kładę piątkę, sprzedawca towar na stole tyle, że gdy sięgnął po drukujący się paragon ja szykując się do wyjścia rzuciłem na odchodne, że za ten papierek dziękuję. Wierzcie lub nie ale facet w jednej chwili zdębiał! A ja też w mig zrozumiałem, że mu tylko jedno turla się teraz po głowie - że jak mi zaraz tej karteczki na tacce nie położy to nim zdąży przełknąć ślinę zwali go ABW na glebę, by w chwilę później wywlec go z tej budki i powieść tam gdzie on by bardzo nie chciał. Spuściłem oczy by się nad nim nie znęcać, a on odzyskawszy właściwy rytm serca zaczął coś pleść o śladzie na allegro. Głupia sytuacja ale on mnie najwyraźniej wziął za jakąś kontrolę. W dodatku taką o jakiej tu piszę - poszukującą rynków zbytu dla swych usług - taką która go najpierw podpuści z tym paragonem, by chwilę potem wrzasnąć radośnie "Mamy cię!".

No i powiedźcie mi teraz czy to was śmieszy czy może raczej smuci? Bo mnie martwi i to jak jasna cholera. Po tym zajściu zrozumiałem, że nas wszystkich dzień po dniu, kawałek po kawałku zwyczajnie w świecie strach zżera. I już nie tylko o to co będzie jutro i o to z czego zapłacić liczniki. To jest coś znacznie gorszego. To jest strach przed państwem, które szuka ofiary, które nieustannie szuka "podmiotu działania". W zdrowym państwie podmiotem tym jest margines, ludzie wyjęci spod prawa. W państwie chorym, gdzie władza i margines wzajemnie się odwiedzają, podmiotem musi..., może być każdy z nas. I tak sobie pomyślałem, że ten przerażony ludek z pewnością głosuje na Tuska. Lecz nie z przekonania, czy zamiłowania a z instynktownej potrzeby przetrwania. On głosował jak trzeba bo czuje, że w ten sposób oddając Tuska państwu należną daninę, kupuje sobie trochę spokoju. Nie wiem czy Wy to widzicie, bo tacy jak on aż nadto, że System by żyć, musi jeść. Stąd choć smród po Ambergajs ciągnie się na kilometr to System tym śladem nie pójdzie bo to jest koniec jego ogona. Ten System by żyć musi pożerać takich jak my, choćby to miało się wiązać z mozolnym poszukiwaniem tych pięciu złotych z allegro.

Powtarzam raz jeszcze a Wy zróbcie sobie z tym co chcecie, że to wszystko jest już tak zapętlone, że ten System by nie zacząć się zjadać od ogona, musi się żywić takim ja my planktonem! "Dlaczego?" - bo może. "Jak długo?" - aż dostanie po pysku w kolejnych wyborach.
 
Ano właśnie, to o nich chciałem dziś tu pisać. Gdy sobie o wspomnianych problemach jeszcze w myślach rozważałem, wrzucił do sieci w międzyczasie ciekawy tekst w tym temacie bloger Toyah, słusznie wskazując, że z tymi procentami było już coś na rzeczy w prezydenckich wyborach. . Spójrzcie jak pisze Toyah na tygodniksolidarni.pl o regule stałej proporcji głosów w przesyłanych do komisji pakietach. Zgodnie z nią jeśli w pierwszym podanym do publicznej wiadomości zliczeniu głosów Kaczyński wygrywa o parę punktów procentowych, to z grubsza o tyle samo, wyprzedzał będzie Komorowskiego w każdym już kolejny częściowym wyniku.  Ta zasada sprawdzała się od początku, dzięki czemu zwykle już po pierwszych niedzielnych wynikach można było iść spać wiedząc jak to już dalej i do końca będzie. I to było tak pewne i sprawdzone, że po pierwszej prezentacji wyników dziennikarze wpadli w popłoch. Pytali, pisze Toyah, ekspertów w studio czy to się zmieni, i czy to nie jest przypadkiem tak, że rano do urn idą prosto ze mszy wsiowe chamy napuszczone na PO przez fanatycznych w swych poglądach księży? Na co ci im odpowiadali, że bez szans, że wynik może się już tylko o te góra dwa procenty zmienić. Poszliśmy więc spać szczęśliwi a rano było jak wszyscy wiemy. Tekst na prawdę ciekawy w dodatku pod oryginalnym  tytułem "Państwowa Komisja Wyborcza, czyli o zdychaniu pod płotem". Polecam. Nie wspomina  tylko Toyah, a warto to podkreślić, że z każdym kolejny razem było z tym liczeniem o ten smutny fakt łatwiej, że zmarł w tym czasie twórca polskiej szkoły kryptografii, profesor Jerzy Urbanowicz. Traf chciał, że odszedł do Pana zaraz po tym jak ujawnił, że głosy w naszych wyborach przechodzą przez rosyjskie serwery. I znów gdzieś tam w ścisłym gronie wznoszono toasty, bucząc na przemian „I co nam k… zrobicie?!!!!”

Przyznać muszę, że w ferworze walki wyborczej ja opisaną przez Toyah’a prawidłowość przeoczyłem. Nie zapomnę za to już nigdy tych dwóch milionów głosów w kolejnych wyborach - czternaście procent wszystkich głosów oddanych w tych wyborach! Dwa miliony wyborców, ludzi świadomych, wiedzących czego chcą dla Polski. A potem odważono się nam powiedzieć, że nie umiemy postawić krzyżyka. 
 
Uczył nas towarzysz Stalin, że nie ważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy. Nie słuchaliśmy, nie słuchał PiS. Słuchali za to inni. I nakręcili nam taką wersję sceny z „Misia”: "Sfałszowaliśmy wybory, i co nam zrobicie?"...

Ale, ale... gdzie idziecie? To dopiero początek. Przed nami jeszcze taka droga. "To jest Miś na miarę naszych możliwości, i to nie jest nasze ostatnie słowo. I nikt nie ma prawa się przyczepić.....".
"A co potem się zrobi? - Protokół zniszczenia."

 
No! To udanego weekendu życzę!
 

czwartek, 29 maja 2014

Państwowa Komisja Wyborcza, czyli o zdychaniu pod płotem

Autor: Toyah

Po wyborach prezydenckich w roku 2010 na tym blogu przedstawiłem tekst zatytułowany „O burych sukach na poważnie”, w którym spróbowałem – moim zdaniem bardzo skutecznie – udowodnić, że wybory te zostały przez System sfałszowane w taki sposób, by prezydentem został nie Jarosław Kaczyński, a Bronisław Komorowski. Pozwolę tu sobie przypomnieć kluczowy fragment tamtej notki:
Interesuję się polityką od wielu, wielu lat. I to nie interesuję się tak sobie, ale interesuję się bardzo. Od 1989 roku biorę udział we wszystkich możliwych wyborach i we wszystkich możliwych wyborach oddaję ważny i przemyślany głos. Pamiętam więc też świetnie, że nigdy wcześniej, w stosunku do tego co mieliśmy w tym roku, nie było takiej sytuacji, że na ostateczny wynik – wynik rozstrzygający – trzeba było czekać do ostatecznego komunikatu PKW? PKW podawało kolejne wyniki, najpierw po przeliczeniu pierwszych 20% głosów, następnie po przeliczeniu ponad połowy głosów, później po przeliczeniu ponad 70% głosów, wreszcie po przeliczeniu 90% głosów, i na końcu podawali ci państwo wynik ostateczny. Wynik wyborów – ten najważniejszy, a więc kto wygrał, znany był już po uwzględnieniu tzw. exit polls, a później był już tylko potwierdzany przez komunikaty PKW. Jeśli po przeliczeniu danych z pierwszych 20% komisji, okazywało się, że partia A, lub pan A prowadził nad partią B lub panem B z przewagą 2,6%, to w najgorszym razie, ta różnica mogła wzrosnąć lub się zmniejszyć, skacząc w międzyczasie raz to w górę, raz w dół, najwyżej o jakiś procent, lub – o zgrozo – dwa. A zatem zawsze już w niedzielę wieczorem, można było iść spokojnie spać, wiedząc przynajmniej, kto wygrał. I tak było przez lata.
Ostatnim razem, i to przy okazji pierwszej, jak i drugiej tury, było jak było. I nie muszę nawet tego szczegółowo opisywać. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na jedną rzecz. Zarówno w jednym, jak i w drugim wypadku, Jarosław Kaczyński do momentu aż przeliczono wyniki z 52 % komisji, odnosił sukces, by ostatecznie ponieść bardzo wyraźną porażkę. Pamiętam bardzo dobrze, jak wyglądały komunikaty PKW za jednym i za drugim razem. Przewodniczący Komisji informował, że po przeliczeniu głosów z 20% komisji różnica między Komorowskim a Kaczyńskim spadła w stosunku do tzw. exit polls, dramatycznie. Dziennikarze, w stanie podwyższonej paniki pytali, czy to może jest tak, ze najpierw nadchodzą głosy ze wsi od chamów i durniów, na co Przewodniczący niezmiennie odpowiadał, ze absolutnie nie. Że głosy spływają równomiernie z całej Polski. Po przeliczeniu głosów z 50% komisji, okazywało się, że Komorowski najwyraźniej leży i kwiczy. Na to, dziennikarze w kompletnym przerażeniu pytali raz jeszcze, że może jednak za chwilę pójdą wielkie metropolie i wszystko się odwróci, na co Przewodniczący niezmiennie odpowiadał, że mowy nie ma. Że wszystko spływa równomiernie. A więc strach.
Ja znakomicie rozumiałem to co mówi Przewodniczący z dwóch powodów. Przede wszystkim pamiętałem świetnie z minionych lat, że ta różnica najpierw się trochę zmniejsza, później trochę się zwiększa, by wreszcie utrzymać się na zbliżonym do oryginalnego poziomie. Po drugie jednak wiedziałem, że to całe gadanie o wsiach, które wysyłają raporty wcześniej jest funta kłaków warte. W mojej komisji, tam gdzie oddawałem swój głos, uprawnionych do głosowania było jakieś 1500 osob, z czego głosowało 800, z czego niecałe 200 głosowało na Jarosława Kaczyńskiego. Przepraszam bardzo, ale ile czasu ci ludzie potrzebowali, żeby policzyć te głosy, wklepać wynik do komputera i posłać wiadomość do Warszawy. Więcej niż u mnie na wsi, gdzie była pewnie tylko jedna komisja, ale za to prawdopodobnie głosowało tyle samo osób? Co za absurd! Absurdalność tego typu myślenia potwierdził zresztą sam Przewodniczący PKW, kiedy wielokrotnie – powtarzam, wielokrotnie – powtórzył, że system jest taki, że najpierw idą głosy z komisji zamkniętych, takich jak więzienia, szpitale i ośrodki pomocy społecznej, gdzie głosuje może 10, 20, czy 50 osób, ale już chwilę później wszystko leci równo i demokratycznie.
Z matematyki jestem, jak to mówią, zimny. Rachunek prawdopodobieństwa, z mojego punktu widzenia, to wyłącznie coś co mi każe wierzyć, że w piątek prawdopodobnie pojadę do Dobrej relaksować z pewnym moim przyjacielem. Nie przeszkadza mi to jednak, by wiedzieć, że jeśli po przeliczeniu 52% głosów, liczonych demokratycznie i tak jak do tych co liczą napływają, Jarosław Kaczyński prowadzi nad Bronisławem Komorowskim, po dodaniu tak samo liczonych pozostałych głosów ta różnica zmieniła się na korzyść Komorowskiego aż tak radykalnie, jak to miało miejsce w niedzielę 4 lipca, taka sytuacja jest zwyczajnie wykluczona. Ja mogę uwierzyć, że jeśli Kaczyński po uwzględnieniu głosów z ponad połowy komisji prowadził te pół procenta, czy ile to tam było, to ewentualnie mógł przegrać jednym procentem, lub – jakimś cudem – dwoma. Ale nie sześcioma!!! Gdyby tak było, należałoby przyjąć, że wyłącznie przez czysty przypadek, w pozostałych 48% komisji Bronisław Komorowski wygrał nagle ze średnią przewagą 10%! Przypominam jeszcze raz – sam Przewodniczący PKW wielokrotnie zapewniał, że głosy płyną zewsząd równym strumieniem.
A więc powstaje pytanie, co się takiego stało? Jak to się wszystko odbyło? Nie mam pojęcia. Zwykła logika nakazuje mi podejrzewać, że kiedy po przeliczeniu ponad połowy głosów z całej Polski okazało się, że Komorowski dostał w dupę, System wydał polecenie, żeby już do samego końca zrobić wszystko, by ten rezultat był odwrotny. I żeby on był odwrotny w sposób przekonujący. Ale czy mam rację? Nie wiem. Bardzo trudno mi jest przyjąć, że żyjemy w gruncie rzeczy w Afryce. Wprawdzie wiele na to wskazuje, a już najbardziej od 10 kwietnia, ale i tak kocham Polskę tak bardzo i jestem z nią tak związany, że nie chcę o niej myśleć aż tak źle. Wolę wierzyć, że tamten samolot spadł, bo była mgła, a piloci byli piani po nocnej imprezie, lub się zagapili. Albo że nawet Lech Kaczyński okazał się nędznym głupcem. Daje słowo, że tak by mi było łatwiej, niż żyć w przekonaniu, że oni zrobili z Polski dziki kraj.
Jednak jest mi bardzo trudno to przyjąć. Z jednego prostego powodu. Oni kręcą. Stoją, bezczelnie patrzą mi w oczy i kręcą jak cholera. Nie chcą mi dać jednego zwykłego słowa wyjaśnienia. Patrzą bezczelnie mi prosto w oczy i łżą jak psy. Nawet w tak drobnej i niepoważnej sprawie jak ta kratka. Dlatego ja się czuję zwolniony. Na dobre”.
W komentarzu pod tamtym tekstem, mój serdeczny przyjaciel LEMMING, napisał mi, że jemu jest bardzo trudno przyjąć moje argumenty, i to już nawet nie tyle ze względu na ich wartość merytoryczną, co na fakt, że gdyby faktycznie doszło do sfałszowania wyborów, mielibyśmy do czynienia z czymś, co się gdzieniegdzie określa nazwą „game changer”. Napisał LEMMING coś takiego:
Otóż fałszowanie wyborów to jest ‘game changer’. Nawet domniemane zabójstwo Prezydenta nie jest "game changerem" - amerykańska demokracja szczęśliwie przeżyła dwa zabójstwa prezydenta, a chyba możemy uważać ja za wzorowa. W tym sensie zabójstwo prezydenta staje się tylko problemem, który sprawne państwo posiadające demokratycznie wybrany rząd może rozwiązać. Oczywiście mega problemem, który rozwiązuje się za pomocą środków o historycznej skali, takich jak np. wytoczenie komuś wojny, ale wciąż - rozwiązuje się.
Jeżeli natomiast wybory w Polsce są fałszowane, to wszystko co Jarosław Kaczyński i Ty robicie jest całkowicie bezcelowe. Trzeba już tylko gromadzić się na placach i wywołać rewolucje, albo stworzyć partyzantkę i podżegać do rewolucji. No bo co ma za sens pisać albo mówić ze ta partia dobra, a ta zła, ta ustawa dobra, a ta zła, jak na końcu i tak wygra Bronek? Jeżeli wybory są fałszowane, to cala istota sporu o Polskę, rozumianego właśnie jako spór, a nie jako walka z bronią w ręku, bierze w łeb. Zechciej się nad tym uprzejmie zastanowić”.
Oczywiście, ja się nad tym zastanowiłem jeszcze wielokrotnie i niestety za każdym razem tylko się moje obawy potwierdzały. No a kiedy zupełnie niedawno ktoś zechciał spopularyzować dawną już wypowiedź Stefana Niesiołowskiego, gdzie ów dziwny człowiek przyznał, że w ową niedzielę wyborczą, późnym już wieczorem otrzymał od osoby bardzo dobrze poinformowanej i zaufanej, że Kaczyński zdecydowanie wygrywa te wybory i się naprawdę przeraził, to powiem uczciwie, że nawet mi powieka nie drgnęła. Bo ja już od dawna, jak było, wiedziałem.
Ktoś się zatem zapyta, co w takim razie z owym „game changer”, o którym pisał LEMMING? Czy rzeczywiście jest tak, że jeśli przyjmiemy, że oni posunęli się już do tego, by fałszować wybory, to znaczy, że nasza walka straciła sens? Że od momentu, gdy oni uznali, że to jest coś co faktycznie można zrobić i w dodatku natychmiast się przekonali, że im to uszło zupełnie na sucho, że nawet nie rozległo się jedno westchnienie, oni już tak mogą ciągnąć w nieskończoność? Otóż uważam, że wcale nie koniecznie. Kiedy bowiem patrzymy na wyniki przedwczorajszych wyborów do Parlamentu Europejskiego i widzimy, że tym razem już nie tylko ja i Stefan Niesiołowski, ale nawet wiele osób nastawionych do tego co się dzieje w Polsce znacznie bardziej ode mnie umiarkowanie, widzi, że ów przedziwny twór funkcjonujący pod – dziś już brzmiącą niemal jak szyderstwo – nazwą Państwowej Komisji Wyborczej, jest w swoich działaniach wyłącznie wykonawcą poleceń Systemu, świadomość tego, że w Polsce doszło do przekroczenia pewnej granicy, za którą nie ma już nic, musi się już tylko powiększać. I jeśli w końcu dojdzie do tego – niewykluczone, że już w wyborach kolejnych – że Platforma Obywatelska realnie otrzyma 5 procent głosów, to nie ma takiej siły, by oni z tych pięciu procent byli w stanie zrobić 35, i wtedy to się skończy. A kiedy się skończy, ta część Systemu runie, jak domek z kart. Oczywiście jest też możliwe, że do owych 5 procent spadnie w Polsce frekwencja wyborcza, ale to i tak musi spowodować wstrząs. I wtedy ten brud zacznie się wylewać. I tego już nic nie powstrzyma.
W kwietniu 2010 roku System, przy bardzo aktywnym współudziale czołowych polityków Platformy Obywatelskiej, doprowadził do strasznej katastrofy, w której zamordowany został Prezydent RP z małżonką, całe niemal dowództwo Polskich Sił Zbrojnych, i cała kupa najważniejszych polityków politycznej opozycji. Otóż uważam, w brew temu, co sądził wtedy LEMMING, to był prawdziwy „game changer”. Prezydenta Kaczyńskiego bowiem nie zamordowały służby, tak jak to było w przypadku dajmy na to prezydenta Kennedy’ego. Służby to zaledwie ludzie, a ludzi można zawsze albo wymienić, albo nawet wsadzić do więzienia za jakieś tam przekroczenie kompetencji. Prezydent Kaczyński został zamordowany przez System. System w roku 2010 dokonał wyborczego fałszerstwa, przekazując w ręce Bronisława Komorowskiego stanowisko prezydenta. Dziś już natomiast wybory fałszują tylko ludzie; ludzie, którzy wówczas – zarówno w kwietniu, jak i lipcu – realizowali zlecenie Systemu. Dziś wybory fałszuje ta grupka przerażonych utratą pracy staruszków z PKW na polecenie grupki przerażonych tym, co się może stać już jutro, polityków. Mieliśmy przedwczoraj i wczoraj fantastyczną wręcz możliwość obserwowania, jak oni działają. Jakie to jest wszystko obnażone i nieporadne. Dziś piszą o tym wszystkie media.
Tak mój kochany przyjacielu. Wyborcze fałszerstwo z lipca 2010 roku to nie był żaden „game changer”; tym bardziej nie jest nim to, co się stało wczoraj. To są ostatnie podrygi ludzi, których System wykorzystał do końca, a następnie zostawił pod płotem, by zdychali. W swojej powieści „Mistrz i Małgorzata” Bułhakow bardzo czytelnie pokazuje, że Szatan nie oszczędza nikogo, nawet swoich najwierniejszych przyjaciół, najbardziej oddanych sług. W stosunku do nich jest równie zimny i bezwzględny, jak w stosunku do całej reszty świata. Wystarczy że będziemy o tym pamiętać, i z naszego punktu widzenia, to zupełnie wystarczy.

wtorek, 27 maja 2014

Pochowajmy Jaruzelskiego na "Łączce"

Autor: Integrator

Wujek którego parę lat temu pochowaliśmy był z pewnością osobą niepraktykującą a z tego co deklarował także niewierzącą. Ale gdy choroba przywiodła go na tyle blisko granicy światów, że czuł ją już niemal wszystkimi zmysłami, zaczął  nas nagle wciągać w rozmówki duchowe dając sygnał, że jest gotowy w końcu usiąść i porządnie ale i szczerze pogadać o tych sprawach. W tym też czasie poprosił swoją siostrę o wysłanie mu obrazka Matki Boskiej Kodeńskiej by mógł powiesić ją sobie nad łóżkiem. Czuł najwyraźniej, że kostucha się zbliża i próbował przygotować się na jej spotkanie tak jak umiał. Gdy umarł obraz Matki Kodeńskiej włożono mu do trumny.
 
Było na ten temat trochę rozmów u nas w rodzinie i w końcu stanęło na tym, zgodnie z resztą z tym co głosi Kościół, że nawet jeśli człowiek w ostatniej sekundzie życia wyprze się grzechu i westchnie do Boga, choćby w myślach, to ma szansę na zbawienie. Niemniej droga wiodąca do nieba przez czyściec jest wtedy wyjątkowo długa, kręta i stale pod górę. Idąc tym tropem nie ma wątpliwości, że gen. Jaruzelski jeśli skorzystał z tej szansy idzie już boso i z plecakiem pełnym kamieni pod tą górę, i choć będzie tak szedł przez tysiące lat dostał nadzieję, że dojdzie. Zatem nie przyznam racji tym którzy go po tym jak się zawinął z tego padołu, od razu przypisali piekielnym czeluściom. Z tych też powodów nie rozumiem innych głosów wzywających do zakopania go pod płotem, tudzież spalenia i rozsypania prochów z wysokości kosmosu tak by nawet jeden jego okruszek nie spoczął w ziemi, ani na Ziemi. Dla mnie jest człowiekiem i już tylko przez to zasługuje na pochówek. Chciał nie chciał, taka jest nasza wiara. No wiem, nie jest lekka, szczególnie w tych dnia.
 
Jak więc idzie o zasadność pogrzebu to ja nie mam żadnych wątpliwości i mam nadziej, że Wy także bo jak mniemam tego bloga czytają jednak ludzie, a nie pozbawione ludzkich odczuć zwierzęta.
 
Inaczej jest w temacie sposobu i miejsca grzebania i to jest zagadnienie jak najbardziej warte zachodu, choć ja będąc księdzem, a byłbym myślę kapłanem uczciwym i odważnym, nie wydałbym zgody na grzebanie osoby niewierzącej na ziemi poświęconej. Piszę to dla zasady by nie było wątpliwości co ja o tym myślę, ale z tego co wiem Powązki to jest cmentarz komunalny i tu decyzyjność księdza w sprawach lokalizacji jest chyba całkiem wyłączona.
 
Odmówiłbym też odprawienia mszy świętej lecz nie dlatego, że ja generała Jaruzelskiego uważam za zdrajcę, a dlatego, że od księży wymagam stałości zasad, tak by gdy się kiedyś pogubię, bym mógł bez wahania poprosić o pomoc pierwszego napotkanego z tą pewnością, że on się przynajmniej w kwestiach wiary zachowa jak należy. Z tych to powodów dobrze jest gdy ksiądz umie wznieść się ponad swoje emocje i poglądy by trzymać się twardych reguł gry. Także ku przestrodze, by wszyscy bez wątpienia wiedzieli, że dobrowolna rezygnacja z uczestnictwa we wspólnocie kościoła zawsze i nieuchronnie kończyć się będzie cywilnym pogrzebem czyli gdzie kto zechce byle nie w kościele. Nie pamiętają o tym księżą i zasłaniając się miłosierdziem dają swymi ustępstwami przyzwolenie na życie wielu wierzącym poza kościołem. Dają im przykłady, że mimo wszystko mogą po śmierci liczyć na księdza, dzwonki i inne wrażenia dostępne przy pełnej odprawie.  Biją przy tym też sami w siebie bo raz uczynione odstępstwo wymusza kolejne przez co Bronisław Komorowski publicznie deklarujący poparcie dla in-vitro, staje dzielnie przed ołtarzem przyjmując na oczach tysięcy komunię  świętą w sposób świętokradzki. Z tych to właśnie powodów, dla zachowania powszechnego poczucia sprawiedliwości gen. Jaruzelski nie powinien być grzebany przy asyście księdza.
 
Pozostaje jeszcze pytanie czy chować takich ludzi z honorami i czy w alei zasłużonych? Tu akurat odpowiedź jest prosta i nie raz już ją odkrywaliśmy przy okazji innych pogrzebów znanych notabli. I zawsze wychodziło nam, że jest w tym coś wysoce haniebnego, by kłaść oprawców obok swych ofiar, tak jak to się robi w przypadku członków jednej rodziny. Tym bardziej, że na tych biednych Powązka zrobiono w tej kwestii już taki bałagan, że gdy w listopadowe dni zaglądają tam całe rodziny trudno jest wyjaśnić dzieciom jak to jest, że młodzi harcerze leżą w skromnych mogiłach a obok nich w wielkich silosach czołówka zdrajców Polski? Niech to pytanie i to niezrozumienie jakie znajdujemy w dziecięcych oczach będzie dla nas odpowiedzią i mam nadzieję, budzącym wstyd przypomnieniem.
 
A dla tych co wciąż nie wiedzą gdzie pochować generała mam doprawdy salomonową propozycję. Skoro już tak bardzo chcemy kłaść kata obok ofiar i muszą to być te Powązki, to połóżmy go w kwaterze "Ł", na tzw Łączce. Nie, nie żartuję! Pochowajmy go właśnie tam, w jednym z tych wolnych dołów z których wydobywa się dziś ciała bohaterów. Tyle, że z godnością przypisaną człowiekowi - bez krępowania rąk sznurem, bez zasypywania ciała wapnem i betonem. Niech tam spoczywa w spokoju najlepiej wśród reszty towarzyszy których przeniesiemy z alei zasłużonych.  
 
Żartowałem. Do tego trzeba ludzi silnych i prawych, właśnie takich jak ci co leżą na "Łączce". Trzeba rządu niepodległego. Więc tylko żartowałem...

Tradycyjnie zapraszam wszystkich do wzbudzeni w sobie chęci budowania czegoś od nowa, wbrew wszystkiemu złu które nas otacza. Zapraszam do przystani nadziei, do współtworzenia TygodnikaSolidarni.pl i kontakt na: tygodniksolidarni@gmail.com

Dlaczego w duchu wszyscy pragniemy Korwina?

Autor: Integrator
 
Prowadzenie bloga którego tematyka wyraźnie krąży wokół zagadnień politycznych zobowiązuje by się w jakiś sposób odnieść do tak ważnej sprawy jakimi z punktu widzenia tejże polityki są wybory. No więc popełniam ten tekst niemniej w bólach i dla zasady, a gdybym tyko miał jakiś inny wybór po prostu udałbym, że nic ważnego się nie zdarzyło i pisałbym Wam tu o czymś całkiem innym. Albo wzorem wyśmienitej większości mieszkańców Eurolandu najzwyczajniej w świecie świadomie machnąłbym na ten cały bałagan ręką i pojechał gdziekolwiek aby dalej od urn, i tym samym jak reszta mi podobnych wysłał twórcom projektu pt. Unia Europejska wyraźny sygnał gdzie ja mam to co oni tak usilnie próbują nam od lat narzucić. Niestety prowadzę blog para-polityczny i poniekąd nie mam wyjścia, poza tym jak mawia moja babcia - po prostu nie wypada - więc siedzę i piszę jak leci. Na moje szczęście by zdążyć przed innymi już wczoraj w nocy zasiadła przed monitorami cała masa blogerów, którzy wypchali sieć taką ilością ogólników i oczywistości, że  ja już w sumie nic nie muszę. Wystarczy, że Was do tych bazgroł odeślę a będziecie mieli cały przekrój dyrdymałów w dodatku wzajemnie od siebie kopiowanych w takich ilościach, że starczy Wam do kolejnego cyrku, tym razem w wydaniu krajowym który wciąż przed nami. I na tym skończyłby się ten wpis, gdyby nie fakt, że było w tych wyborach coś co mnie autentycznie zainteresowało. Coś jako zjawisko, ktoś jako osoba - Janusz Korwin Mikke.
 
Ja tego człowieka na oczy widziałem tylko raz jeden z okazji jakiegoś spotkania prawicowych dziennikarzy którzy swoim zwyczajem zwalili się na to spotkanie w dość stałym składzie, by pomarudzić, sprzedać kilka swoich książek a nałykawszy się odpowiedniej dawki oklasków i zachwytów, zniknąć zasłaniając się przy tym czekającymi ich sprawami wagi ciężkiej. Na to  spotkanie nie wiedzieć czemu przyszedł też i sam Korwin, na dzień dobry powiedział zaproszonym dyskutantom co o nich myśli po czym splunąwszy symbolicznie na jedną z dziennikarek opuścił pośpiesznie salę i tyle go widziano. Piszę o tym spotkaniu bo chwilę przed jego rozpoczęciem traf chciał, że ja akurat wchodziłem a on po coś wychodził i w jednej chwili znaleźliśmy się sami w korytarzu. I to co ja do dziś pamiętam jest to, że on do mnie najzwyczajniej w świecie zagadnął. Już nie pamiętam co to było ale on się po prostu się uśmiechnął i coś powiedział, a ja w rewanżu zrobiłem to samo. Po czym obaj weszliśmy do tej sali a potem wszystko potoczyło się jak to opisałem. Po co o tym wspominam? Nie wiem ale skoro mam pisać o Korwinie, i gdy pada to nazwisko od razu przypomina mi się tamta scena. To bynajmniej nie powinno być argumentem na "tak" gdyby ktoś chciał sobie po lekturze tego tekstu wyrobić o tym człowieku zdanie, ale wszyscy dobrze wiemy, że to co on zrobił to jest absolutny wyjątek. Politycy których z jakiś okazji miałem możliwość zobaczyć czy poznać, nigdy nie umieli przekroczyć tej niewidocznej granicy która tak wyraźnie oddziela ich od nawet swoich wyborców. Korwin zachował się inaczej, oryginalnie i tak, że to mi do dziś zostało. 

Zapytacie czy ja w takim razie na Korwina głosuję albo zamierzam? Nie, ale też  nie ukrywam, że tylko dlatego, że ja nic nie wiem o jego światopoglądzie a jako osoba wierząca oczekuję by i w tych sprawach kandydat jakoś się zadeklarował. Korwin-Mikke tego nie robi i najwyraźniej jest to działanie zamierzone które też w jakimś stopniu przysparza mu tyle głosów. W tych sprawach bardzo łatwo się pogubić, łatwo zrazić do siebie wyborców i on to najwyraźniej rozumie więc unika tych spraw jak ognia, a media nie wiedzieć czemu akurat w jego przypadku te tematy omijają szerokim łukiem. Być może się mylę, ale ilekroć przetaczała się przez media sztucznie wzbudzania debata na tematy etyczne, dziennikarze latali z mikrofonem po mieście by pokazać nam kto i co myśli na ten temat. Ale Korwina nigdy usłyszeć mi się nie udało. No więc jak mówię, póki on nie zacznie jasno gadać o tym co on myśli o aborcji, eutanazji, narkotykach to ja nie podejmę żadnej decyzji w tym temacie i będę stał gdzie stoję.
 
Wróćmy jednak do sedna sprawy bo w temacie tego tekstu piszę o pragnieniu. Użyłem tego słowa bo Janusz Korwin Mikke robiąc w sferze publicznej robotę którą wszyscy widzimy w pełni odpowiada na nasze pragnienia,  dokładni tak. By się za dużo nie rozpisywać powiem krótko - on dla nas i w naszym imieniu miesza z błotem polityków i dziennikarzy - dając nam tą satysfakcję, że ktoś w końcu im powiedział to co my tu myślimy a być może zrobi im to o czym my tu na dole od czasu do czasu marzymy. Niedawno wstawiłem tu tekst "Tusku musisz oddać nam państwo" w którym podałem kilka przykładów na to jak wygląda nasze tu na dole życie w państwie Tuska. Pisałem tam jak okrada się to państwo, i jak to państwo traktuje z góry swych obywateli ale że czas mija, a życie przynosi kolejne przykłady to podam jeszcze dwa najnowsze o których muszę krótko wspomnieć byście zrozumieli o co mi chodzi z tym pragnieniem. Otóż mój znajomy zamówił niedawno opróżnianie szamba. Beczka nie przyjechała więc zadzwonił gdzie trzeba i okazało się, że jest jakaś problem z samochodem ale kierowca ma zlecenie i na pewno się pojawi. Po dwóch godzinach szambo faktycznie było opróżnione,  tyle że w trakcie wykonywania usługi kierowca opowiedział mu całkiem inną historię. Nie było żadnej awarii a jedynie kontrola jakości przywożonych odpadów przez którą firma musiała wstrzymać pracę bo jak twierdził kierowca Polska zgodziła się w umowie z Unią na tak niską zawartość chemii w przydomowych szambach, że po wykonaniu paru prań i umyciu kilku naczyń zawartość szamba przekracza ustalone normy. Firma żeby nie splajtować wstrzymuje się na ten czas z usługami i jakoś wszystko się kręci. I jeszcze jedna historia, też z dołu. Dziś dzwoniła znajoma z Lublina od której dowiedziałem się, że tamtejsze autobusy miejskie nie mają klimatyzacji i że ona po przyjechaniu z domu do pracy wytacza się z tego autobusu jak pijana nie mówiąc już o kondycji ubrania które ma na sobie. Bo paru takich przewozach gdy temperatura przekraczała trzydzieści stopni zadzwoniła w końcu do MZK z pytaniem czy ktoś tą sytuację w ogóle kontroluje? Odpowiedzi się nie doczekała za to wisiała na telefonie ponad dwadzieścia minut, podczas których była kilkakrotnie przełączana z działu do działu. I gdy ja mojej babci opowiadam te historie ona choć zażarta przeciwniczka komuny zaraz wspomina z tamtych czasów historię o tym jak za tej komuny stała w nocnej kolejce by kupić pralkę. W ostatniej chwili wskoczyła przed nią żona jakiegoś lokalnego partyjniaka i wzięła ostatnią sztukę, która przypadła babci. Rozmowa a potem głośna kłótnia niczego nie dała więc babcia poszła prosto do sekretarza partii a ten po jej wysłuchaniu wykonał telefon i pralka została mojej babci zwrócona. To był podły czas ale mimo wszystko było wiadomo kto za co odpowiada i do kogo trzeba iść by sprawę załatwić. Dziś do kogo pójdziecie, kto Was wysłucha a potem pomoże?
 
Rozumiecie już w jakim ja kierunku tą opowieść snuję? Czy ja muszę coś więcej pisać? Korwin święci triumfy i będzie dalej piął się w górę tym skuteczniej im silniejsze będzie w nas poczucie bezsilności w jakiej stawia nas do cna skorumpowany i skrępowany systemu III RP. A to wszystko co w nas kipi jest już na takim poziomie, że gdybyśmy cofnęli się do czasów gdy emocje wyrażano ogniem i mieczem, przez ten kraj niechybnie przetaczałyby się już z pewnością liczne fale rewolucji i powstań o takim natężeniu przemocy wycelowanym we wszystko co kojarzy się z państwem jakiego nasza historia nie odnotowała. Ja tu nikogo nie zachęcam by biegał z siekierą po ulicach, tym bardziej, że i tak już wszystko kipi a tragedia w biurze PiS pokazuje, że przelać kroplę goryczy nie trudno. Ale jako obywatele jesteśmy sprowadzeni do tak niskiego poziomu wegetacji, a to państwo i jego urzędnicy są tak głęboko niewydolne i skrępowane siecią różnorakich powiązań, że jedyne co nam zostało a jest możliwe do wykonania to właśnie to pójście do urn i wskazanie kogoś kto choćby tylko werbalnie deklaruje gotowość rozpędzenia tej bandy, która trzyma wszystkich nas zwyczajnie za mordy. Kogoś kto obiecuje wziąć odwet za te krzywdy dnia codziennego, które są naszym chlebem powszechnym. Korowin w takich deklaracjach jest akurat niezmienny i o ile kiedyś nie trafiał do wciąż pełnych nadziei serc na lepsze jutro, teraz trafia do serc bez problemu bo już odmienionych, pełnych goryczy a nierzadko i nienawiści. Głosując na niego mamy satysfakcję (nie ważne, że chorą), że on tam pójdzie i w moim, w naszym imieniu znawyzywa polityków od złodziei a dziennikarzy od idiotów jak to nie raz robił a co możemy do znudzenia oglądać sobie potem na Jutubie. Na drugi zaś dzień w drodze do pracy, ściśnięci w tych przepełnionych autobusach i SKM-kach, posklejani potem będziemy dzięki niemu mogli rozpamiętywać jego popisy ku lepszemu samopoczuciu tudzież w tym samy celu dzielić się swoimi wrażeniami ze współpodróżującymi towarzyszami niedoli.

I wierzcie mi nie powstrzyma tego korwinowskiego marszu żadne gadanie o jego prorosyjskości czy układzie z systemem. Tu chodzi już tylko o to by wyżyć się choćby werbalnie na tych którzy nam to uczynili co też Mikke nieustannie obiecuje. A nie ma wątpliwości, że pozbawiona ludzkiej twarzy i pełna patologii III RP jest dla niego idealnym środowiskiem wzrastania i nieustającym źródłem inspiracji.

poniedziałek, 26 maja 2014

Nergal vs. Święta Ruś - remis ze wskazaniem

Autor: Toyah
 
Kiedy przedwczoraj, już późnym wieczorem, postanowiłem zupełnie wyjątkowo napisać kolejną notkę i poświęcić ją Andrzejowi Zybertowiczowi i jego umysłowej kondycji, wbrew temu, co się może niektórym z nas wydawać, wiedziałem, że gdzieś w Rosji człowiek imieniem Nergal i jego koledzy z artystycznego projektu pod nazwą Behemoth siedzą w jakimś ruskim więzieniu i desperacko klikając w swoje wypasione smartfony błagają o pomoc. Czemu uważam, że część z nas mogła uważać, że ja nie słyszałem o gehennie, jaką przeżywają nasi przaśni, bogobojni sataniści Polscy, spod wierzb płaczących Mazowsza i Podlasia, z rąk satanistów rosyjskich? Otóż myślę, że niektórzy takie właśnie mogli odnieść wrażenie, no bo skoro już postanowiłem pisać w trybie awaryjnym, to jednak z jednej strony Zybertowicz i jego upadek, a z drugiej Nergal w obsranej ruskiej celi, to jednak wielkości nieporównywalne. No i słusznie.
Muszę zatem przyznać, że wówczas, w tamten wieczór, jakimś cudem Nergala zlekceważyłem. Siedzi to siedzi, beczy to beczy – pies z nim tańcował. Tymczasem wygląda na to, że tu ani nie ma się z czego śmiać, a tym bardziej z czego szydzić, no a już zupełnie nie ma powodu, by całą sprawę sprowadzać do wymiaru jakiś popowych ploteczek. No a z całą pewnością, grzechem byłoby triumfować, że ktoś wreszcie się za tych czarowników zabrał.
Siedział więc biedny Darski z kolegami w, jak sam relacjonuje, celi półtora na dwa przez całą noc, wysmarowanej jakimś świeżym ruskim gównem, a wszystko pod pretekstem nieważnych wiz i w związku z jak najbardziej realną walką państwowej Cerkwi z nacierającym od zachodu Szatanem, sikał do dostarczonej mu butelki po oranżadzie i błagał wszystkich tych, którzy go słuchają, by go stamtąd zabrali. I ja, powiem szczerze, wcale się, pisząc to, nie uśmiecham. Mam ucznia sprzed lat, który jest gitarzystą w zespole grającym muzykę dokładnie tego samego typu, co Behemoth, a przez to, że jego projekt uzyskał już pewną pozycję na tej scenie, opowiada mi różne ciekawe historie z tamtej strony muru. Otóż wedle jego relacji, Nergal to jest gwiazda tej wielkości, że on już zatrudnia specjalnych ludzi do tego, by za nim ciągnęli jego walizeczkę na kółkach. Nergal to jest gwiazda taka, że kiedy Behemoth gra koncert w ramach jakiegoś festiwalu, to on – jak nie przymierzając, Leonard Cohen, wchodzi, gra i wychodzi, nie dając nawet szansy innym, mniej uznanym artystom, by mu powiedzieli: „Cześć”. No i pojechał ów Nergal do Rosji, gdzie jeszcze zanim udało mu się pokazać tysiącom rozhisteryzowanych rosyjskich satanistów, podrzeć na ich oczach Biblię, połamać Krzyż, a Jego strzępy wrzucić w jakieś sztuczne gówno, pojawiło się dziesięciu napakowanych przedstawicieli Świętej Cerkwi, wsadzili ich wszystkich do jakiejś ciężarówki, wywieźli w sobie tylko znanym kierunku, a na koniec, jak słyszymy, każdy z nich wziął sobie po jednym smartfonie.
Dziś już wiemy, że cała rosyjska trasa – ku rozpaczy rosyjskich fanów Behemotha – została odwołana, sam zespół został deportowany z zakazem powrotu do Rosji przez kolejne 5 lat, a ja się domyślam, że to wydarzenie – wbrew oczywistej satysfakcji wielu z nas – tylko Behemothowi przysporzy popularności. Jestem pewien, że żaden grający czarny metal zespół z Norwegii, Szwecji, Niemiec, czy nawet Stanów Zjednoczonych nie może się popisać takim osiągnięciem, by Cerkwiew Prawosławna zamknęła ich w wysmarowanej gównem klitce półtora na dwa metry. Behemoth od dziś ów – z czasem coraz bardziej drobny – incydent już do końca swojej kariery będzie mógł wykorzystywać na poziomie najbardziej skutecznej promocji. I już nikt nigdy tego osiągnięcia mu nie odbierze.
Bo nie oszukujmy się. Cerkiew Prawosławna – i przykro mi to mówić, choćby przez naszą pamięć o świętym Janie Pawle – to demon, przy którym taki śmieszek Darski jest zaledwie zabawką w rękach innych śmieszków. Kościół moskiewski pokazał swoją moc przedwczoraj. I dobrze by było, żeby nikomu z nas nawet do głowy nie przyszło się z tego śmiać. Zwłaszcza że, jak mówię, już za parę dni Nergal fizycznie wręcz rozpozna korzyści płynące z tego spięcia. W końcu, co by nie mówić, to oni są w jednej bandzie. Nie my. Oni.

sobota, 24 maja 2014

"Ludzie Wolności" a czesanie potarganych myśli

Autor: Integrator

Ewę Błaszczyk miałem przyjemność widzieć na żywo raz jeden tylko i o ile dobrze pamiętam było to niecały rok temu gdy z jakiejś okazji dostaliśmy bilety na jej autorski występ w Warszawie. A że darowanym biletom się w zęby nie zagląda więc poszliśmy posłuchać jak ona to robi, z tym większą ochotą, że wcześniej nie mieliśmy kontaktu z jej popisami wokalnymi i jak większość znamy ją głównie z serialu "Zmiennicy". Nie ukrywam, że wiodła nas tam przez to także zwykła, ludzka ciekawość.

Tym też więc większe było rozczarowanie gdy, zamiast zadziornej, serialowej kobitki jąka mieliśmy w pamięci na scenę wyszła starsza już kobieta, nie wiedzieć czemu w sukni z odkrytymi ramionami z których w charakterystyczny sposób zwisała pomarszczona skóra. Obruszą się zaraz czytelniczki bloga, że to co piszę jest niegrzeczne i nieeleganckie, że tak nie wolno, że brak mi zwykłej wyrozumiałości. Być może tak jest, ale to jest kwestia gustu i indywidulanej wrażliwości której dla odmiany jak sądzę mi nie brakuje i z której uczciwie i odważnie korzystam pisząc Wam tu co widzę i co myślę. 
 
Ilekroć mam do czynienia z taką sytuacją, przypominam sobie rozmowę mojego taty z jego koleżanką z podstawówki. Zapytana kiedyś przez niego dlaczego przestała przychodzić na corocznie organizowane spotkania klasowe, odpowiedziała, że jest taki czas, taki wiek po osiągnięciu którego kobieta nie powinna straszyć swoim wyglądałem. A powiedziała to, uwierzcie mi osoba którą gdyby postawić obok Ewy Błaszczyk wyglądałaby jak jej dużo młodsza siostra. Powiecie, i co z tego? Kobieta przeszła swoje i ma prawo tak wyglądać. Ale ja wtedy też muszę zapytać tymi samymi słowy - i co z tego, że przeszła? Czy to daje jej prawo ubierać się jak to mają w zwyczaju "trzydziestki" i stawiać boguduchawinnych widzów w sytuacji w której współczucie dla tego co przeszła ta kobieta jako żona i matka, musi walczyć w nas z poczuciem smaku? Czy to pozwala jej łamać przyjęte konwenanse i zwyczaje zgodnie z którymi przyjęliśmy wdziewać strój dostosowywany do wieku? Wierzcie mi byłem na tym koncert i nie mam wątpliwości, że te zasady są słuszne. 

Jest taki oklepany refren piosenki "Niepokonani" zespołu Perfect zaczynający się od słów: "Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym...". Śpiewamy ją sobie często a nader często cytujemy bezrefleksyjnie innym, nie pamiętając że każdy z nas, także i my sami mamy jakąś scenę z której kiedyś będzie trzeba zejść, i to w ściśle odpowiednim czasie jeśli chce się to zrobić z twarzą, w blasku chwały i powszechnego szacunku a nie drwin i pogardy. I choć znajoma mojego taty zrobiła to stanowczo zbyt wcześnie, to w tym akurat przypadku lepiej tak nic później a nie daj już Boże wcale bo i takie przypadki bywają, że ze sceny człowiek znoszony jest gdy go wpakują do trumny. Wspomnianej pani żaden z tych wariantów nie grozi, wybrała swój czas odejścia tak by zostać w pamięci tych na których opinii jej zależało jaką jest teraz; rześką, sprawną i uśmiechniętą. Inni, najwyraźniej jak Ewa Błaszczyk a już bez wątpienia trzymająca się na pudrze i żelu Maryla Rodowicz przeciągają swą obecność na scenie do granic śmieszności a często i niesmaku, które zaczynają zastępować podziw i sympatię jaką przez lata czuliśmy do tych osób. I robi się z tego niemal norma bo dziś podstarzałe gwiazdy idą w ślady Wioletty Willas już całymi tabunami, nie pamiętając uśmieszków jakie jeszcze niedawno gościły na ich twarzach gdy o niej mówiono. Dziś sami  nie potrafią dostrzec, że nie umieją przestać żyć przeszłością, że stają dla nas pośmiewiskiem tudzież ciekawostką, a dla młodego pokolenia całkiem już czymś egzotycznym i odlotowym. Koncert na którym byłem pokazał, że pani Ewa Błaszczyk najwyraźniej przegapiła swój czas zejścia ze sceny co w jej przypadku jest o tyle niezrozumiałe, że nie musi odchodzić w stan totalnej bezczynności gdy najwyraźniej spełnia się przecież w innej dziedzinie. W dodatku w takiej w która zapewnia sławę i pieniądze czyli to wszystko co scena jeśli tylko poświeci się temu wyzwaniu w całości. Tym czasem próbuje pani Ewa ciągnąć najwyraźniej dwie sroki za ogon przez co ani na scenie ani tam w klinice nie potrafi wykonać postawionego sobie celu należycie, a szkoda. Kończąc część estradową tego wpisu wspomnę tylko, że parę miesięcy później byliśmy na koncercie autorskim Olgi Bończyk i gdy wyszła uśmiechnięta, młoda kobieta w smukłej sylwetce podkreślonej odpowiednio dobraną suknią, spojrzałem na żonę, ona na mnie i już nie było wątpliwości, że reguły tej gry które ustalają upływający czas i przyroda są bezlitosne. A jeśli ktoś tego nie rozumie a co gorsza w lustrze nie widzi, wystawia się z własnej winy na szczerą krytykę lub pełne fałszywych frazesów opinie i kurtuazyjne oklaski. Wszystkich wciąż nieprzekonanych wysyłam na oba koncerty tyle że za wrażenia estetyczne tego pierwszego nie ręczę.

Ale nie o Ewie Błaszczyk jako takiej chciałem tu pisać a o tym jak się u nas "czesze" niepokornych by im w przyszłości więcej wiatr włosów ani myśli nie targał. Otóż, siedząc wczoraj przed telewizorem zobaczyłem reklamę nowej akcji współorganizowanej przez Gazetę Wyborczą, TVN i należącą w całości do skarbu państwa spółkę Totalizator Sportowy. Akcja nazywa się "Ludzie Wolności" i ogólnie rzecz ujmując wszystko sprowadza się do tego, że organizatorzy nominują jakiś ludzi a my mamy potem wybrać z pośród nich tych, których ci pierwsi ogłoszą później ludźmi wolności. Kategorii jest pięć;  nauka, kultura, biznes, sport, społeczeństwo. Ja ostatecznie nie wiem jak to się wszystko ma do tej wolności bo to nie są ludzie którzy nas do tej wolności doprowadzili, więc może mają ją w ramach peletonu pokoleń rozwijać? Produkuje się na ten temat redaktor Michnik więc jak ktoś lubi to niech sobie tą jego mleczna papkę wolnościowych sloganów poczyta. Tak czy siak, akcja jest, strona jest, jest i spot telewizyjny po obejrzeniu którego usiadłem pisać to co właśnie czytacie. Ów spot pokazuje ludzi nominowanych którzy jak i Michnik plotą coś o wolności. Ewa Błaszczyk dla przykładu mówi, że "wolność daje wolność". Zamarłem. I nie dlatego, że to jest tak "mądre" jak to że "woda daje wodę" bo tego typu głupot sfera publiczna jest pełna. Mnie bynajmniej zdziwiła bardziej obecność tej pani w tak "zacny" gronie. Bo choć mamy tam ludzi zasłużonych acz nieznanych to są i tacy których znamy aż nadto. Jest więc profesor Skarżyński, od słuchu. Są chłopcy od budowania kosmicznych robotów, ale jest też Owsiaka, Kulczyk, Agnieszka Holland i ten dziwny Ołdakowski z Muzeum Powstania Warszawskiego robiący w tym spocie błazeńskiego "konika". No a pośród nich i Ewa Błaszczyk, niegdyś członkini honorowego komitetu poparcia dla Lecha Kaczyńskiego w jeszcze przedsmoleńskich wyborach prezydenckich.
 
Spot się skończył, dalej zwyczajowo leciały reklamy, a ja się gryzłem z myślami co też ona wśród tych ludzi robi? I czy można bez trwania w wewnętrznej sprzeczności upchać gdzieś tam w sobie poparcie dla Kaczyńskiego i Owsiaka zarazem? I wymyśliłem, że to nie jest kwestia "chcenia" tylko "muszenia". Ona tak musi bo być może jeszcze lepiej to widzi niż ja w tym wpisie na wstępie, że bardzo drastycznie przekroczyła dany jej czas by nas cieszyć swą obecnością na scenie. A droga na którą wysłało ją przeznaczenie jest ciężka i nawet dla takiego nazwiska niepewna. W szczególności, gdy się nią idzie w pojedynkę i pod prąd, nie płacąc haraczu tym którzy nasz system zbudowali i tak sprawnie się w nim zainstalowali. Ja tak sobie wymyśliłem, że Pani Ewa to jest mądra kobieta i  szybko odrobiła lekcję gdy za swą niezależność a w pewnym sensie naiwność musiała płacić publicznym kajaniem się za kondycję finansowej jej kliniki. No przynajmniej ja tak to odebrałem. I dzięki Bogu, bo znów wszystko gra. Już nie musi pani Ewa zarabiać w tak smutny sposób na scenie, znów może prowadzić klinikę i jak sądzę od teraz już tylko kwitnąc będzie, klinika rzecz jasna. Ale i pani Ewa jak sądzę też jeszcze nie raz objawi się nam już teraz dla odmiany prężną i wzorcową biznesłoman. Musi tylko od czasu do czasu odpowiedzieć na wezwanie i wziąć udział w wolnościowym pochodzie. I można spać spokojnie. 
 
Tak się proszę Państwa czesze grzecznie i na boczek niepokornych którym myśli nieprawomyślnie potargały włosy. A nie śmiejcie się z niej, nie wypuszczajcie ze swych buziek wielkich wyrazów oburzenia. Wszak i Was to samo strzyżenie czeka. Nie wierzycie? Poczytajcie: "Przy tej okazji rozpoczynamy też w "Gazecie Wyborczej" wielką dyskusję o tym, co nam się udało wspólnie zrobić w ostatnim dwudziestopięcioleciu. Jak doceniliśmy i wykorzystaliśmy naszą wolność? Co jeszcze powinniśmy zrobić, żeby nam wszystkim było z tą wolnością lepiej?". Tak, to jest akapit wyrwany z kontekstu, z zaproszenia redaktora Michnika do wzięcia w tym wszystkim udziału. I wiem, że nikogo nie chciał straszyć. Ale dreszcze i tak jakoś lecą po plecach. Wam nie?
 
Na koniec ciasteczko, czyli coś małego, smacznego i na deser, bo już dawno nie było.
Redaktor Onetu Marcin Gawęda napisał tekst któremu dał tytuł "Policzek w twarz dla Putina" opisujący porażkę jego misji w Chinach. A ten Putin to ma gdzieś jeszcze policzki poza twarzą?

Zainteresowanych współtworzeniem Tygodnik Solidarni zapraszam do kontaktu tygodniksolidarni@gmail.com

środa, 21 maja 2014

Ziemkiewicz, Wrzodak, Gadowski i Dugin

Autor: Coryllus
 
Kiedy się człowiekowi nie chce chodzić do pracy, albo kiedy wie on, że go wyrzucą na zbity łeb, bez żadnego porozumiewania się pomiędzy stronami, dobrze jest odwiedzić gabinet lekarza psychiatry i poprosić go o zwolnienie na druku L4 z powodu depresji. Ono jest zwykle długoterminowe i daje nam niezbędny dla odzyskania sił i radości życia wewnętrzny spokój. Naszych szefów i dręczycieli stopuje natychmiast, bo nad człowiekiem chorym nie wolno się znęcać i nie wolno odeń wymagać rzeczy upokarzających, takich jak przesiadywanie w pracy po godzinach. To nie jest żadne oszustwo, niech sobie nikt nie myśli, to jest rzecz normalna, a nie dość, że normalna to jeszcze uczciwa. Nie ma bowiem człowieka, który chodząc na wiele godzin do bezsensownej pracy w biurze czy redakcji nie był dotknięty depresją. Lekarze psychiatrzy, o ile nie mają przed sobą wyrazistych przypadków obłędu są ludźmi miłymi, sympatycznymi i życzliwymi dla świata. Czasem zdarza się jednak, że trafimy na człowieka, który potrzebuje tak zwanej podkładki, lub jak to nazywa Grzegorz Braun dupokrytki. Wtedy z całym spokojem, patrząc takiemu głęboko w oczy oznajmiamy: a wie pan, panie doktorze? Robaki do mnie gadają….I wcale nie musimy przy tym mrugać. On wie i my wiemy…Bywa jednak, że gawęda o robakach to za mało i nasz dobroczyńca miast zabrać się za wypisywanie druczka L4 zakręci się tak nerwowo na krzesełku obrotowym, albo zaprze się w sobie, jeśli akurat siedzi w fotelu i zamilknie. Wtedy musimy powiedzieć coś innego. Musimy powiedzieć, że kosmici podczas ostatniej wizyty u stomatologa wszczepili nam do zęba implant wysyłający sygnały radiowe, przez co mają nas cały czas pod obserwacją, jak ornitolog jakiegoś rzadkiego ptaka. Stało się tak albowiem podstępem opanowali oni mózg naszej dentystyki pani Krysi i ona nie jest już tą osobą, którą była wcześniej. Wtedy dobry pan doktor na pewno zabierze się za wypisywanie zwolnienia i będzie się jeszcze przy tym uśmiechał. Ludzie bowiem najbardziej na świecie pożądają dobrze opowiedzianych, malowniczych historii z suspensem, najlepiej, by reprezentowały one gatunek „z życia wzięte”.
 
Zaopatrzeni w miesięczne zwolnienie z obowiązków służbowych pędzimy do redakcji i kładziemy je ze smutną miną na biurku naczelnego. Bełkocemy coś o tym, że jest nam przykro i patrzymy jak zmienia mu się twarz i jak zaciska te swoje chłopsko-robotnicze szczęki z wściekłości. Potem opuszczamy gabinet bez pożegnania, bo i o czym tu gadać. Za miesiąc weźmiemy sobie nowe zwolnienie, jak nie na robaki to na kosmitów, depresja przecież nie przechodzi nikomu po 30 dniach i rozpoczniemy szukanie nowej pracy. Naczelny zaś będzie w tym czasie szukał frajera, który za połowę pieniędzy zrobi to samo co było do tej pory naszą udręką. Po wyjściu z gabinetu, na oczach całego newsroomu, możemy jeszcze pokazać, koniecznie odwracając się w stronę drzwi za którymi siedzi naczelny, tak zwanego wała, nazywanego też czasem gestem Kozakiewicza. Jest szansa, że zbierzemy oklaski. Donosicieli się nie boimy, bo ich donosy wobec potęgi zwolnienia lekarskiego na depresję są jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Albo coś innego, co Wam tam przyjdzie do głowy.
 
Kiedy już wybiegniemy na zalaną słońcem ulicę i świat cały zacznie się do nas uśmiechać, zauważymy natychmiast kiosk ruchu, a w nim okładki kolorowych czasopism. Kupimy dla zgrywy jedno z nich i tam znajdziemy tekst Rafała Ziemkiewicze, obok niego jakąś polemikę z Duginem, a zaraz za tym informację o Wrzodaku, że wraz z profesorami UJ napisał list do Putina. I od razu myśli nasze biegną ku dobremu psychiatrze, który wypisał nam zwolnienie lekarskie i zaczynamy się zastanawiać jak on zareagowałby, gdyby wymienieni wkroczyli do jego gabinetu. To jest oczywiście czysta teoria, bo oni akurat zwolnień nie potrzebują, a gdyby nawet potrzebowali ukrywali by ten fakt przed całym światem. Być może tak właśnie czynią i dlatego większość ludzi, która nie brała nigdy zwolnienia na depresję, nie potrafi ich właściwie rozpoznać i zdiagnozować. No, ale my tutaj możemy się o taki eksperyment pokusić.
 
Zacznijmy od Wrzodaka i jego misji. Jak to jest, że działacz związkowy, który swego czasu, w epoce przedinternetowej, kompromitował się bezkarnie za każdym właściwie razem kiedy pokazywali go w telewizji, występuje nagle jako jeden z sygnatariuszy listu do Putina? Co on robi w towarzystwie profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, obojętnie co byśmy dziś o tych profesorach nie myśleli? Skąd on się tam wziął i kim jest? Nie jest już działaczem związkowym, bo jego zakład upadł dawno temu. Nie jest politykiem, bo się do tego nie nadaje i nigdy nie nadawał. No to kim jest i co wszczepili mu pod plombę kosmici? Niełatwo zgadnąć, bo pan Zygmunt pokazuje się dziś niezwykle rzadko i kapitały polityczne w które mierzy są bardzo zagadkowe. Kogo on chce skaperować? Rusofilów jak się domyślamy, ale takich w Polszcze jest jak na lekarstwo. Oczywiście ich liczba wzrośnie natychmiast kiedy tylko Putin zdecyduje się na wyłożenie jakiegoś budżetu z przeznaczeniem na propagandę. Wtedy okaże się, że za Wrzodakiem ludzi siła, jeden się nazywa tak, inny śmak, jeden kocha Polskę, inny Perkuna, a będą też zapewne i tacy, co się wystroją w plakietki z Matką Boską Częstochowską, żeby nadać sobie ten niepowtarzalny sznyt najautentyczniejszego autentyzmu i prawdziwej pobożności, tak wdzięcznie kiedyś prezentowany przez Lecha Wałęsę. I jeszcze będą między nimi profesorowie wyższych uczelni znudzeni systemem bolońskim i z każdym rokiem obniżającym się poziomem inteligencji studentów. Wrzodak nie pogardzi żadnymi pieniędzmi i ja to wiem, bo pamiętam z dawnych lat jego wypowiedź z wieczornych wiadomości. Był to jakiś montaż o ubóstwie i Wrzodak, wówczas poseł na sejm powiedział, że on dostaje ledwie 5 tysięcy na miesiąc gołej diety, a ma dwoje dzieci. I co on biedny z tymi groszami ma zrobić? To było jakieś 10 lat temu, więc 5 tysięcy to był ładny kawałek grosza. Dziś także jest, ale trochę jakby mniej waży. Kiedy zobaczyłem jak ten facet to mówi, pomyślałem, że teraz media go rozjadą. Była akurat jakaś nagonka na polityków co mają za dużo i trzeba było zabiegać o względy biedoty. No, ale okazało się, że Wrzodaka nikt nie ruszył. Może dlatego, że nie było internetu, a może z jakichś innych powodów. Wrzodak żył sobie spokojnie i dziś powraca jak kosmita co ludziom nadajniki do zębów wszczepia, albo jak gadający robak, co pyta deliryków o drogę do monopolowego.
 
Nie wiem czy Wam się też to rzuciło w oczy? Taki Wrzodak, tak wdzięczny obiekt szyderstw dziennikarskich, do tego nierozgarnięty i głupszy od Cymańskiego i nic, nikt się nigdy nie zajął systemowo jego dręczeniem i wyszydzaniem. I dziś znowu wyskakuje jak Filip z konopi, a do tego w towarzystwie Anny Raźny, osoby obdarowanej przez nie wiadomo kogo tytułem profesora i, co okazało się wczoraj, bliskiej koleżanki redaktora Gadowskiego. Tenże Gadowski napisał do niej list otwarty i nazywa ją w nim nawet znajomą Antoniego Macierewicza. I cóż tu robić? Nasuwa się nam bowiem myśl, że ten lekarz, cośmy mu o gadających robakach opowiadali i o kosmitach, musiał się w życiu lepszych historii nasłuchać, a nas potraktował jak pogodnych gamoni, którzy chcą się tu popisać inwencją, ale wyżej standardów Tytusa, Romka i A’tomka nie podskoczą. I to dlatego się śmiał, a nie dlatego, że mu się historyjka podobała. Okazuje się bowiem, że to jest jedno towarzycho, że się tak przedmiejsko wyrażę. Gadowski zna Raźny, Raźny zna Wrzodaka, ten zna całe mnóstwo ludzi, a Gadowski zna też Wildsteina, on zaś jest kolegą Ziemkiewicza, a ten zajmuje się fałszowaniem historii prawie zupełnie tak jak Dugin tylko w drugą stronę. O ile Dugin opowiada dyrdymały o cywilizacji lądu i trzecim Rzymie, oraz o nieziemskich przymiotach Rosjan, o tyle Ziemkiewicz sprowadza nas do tak zwanego parteru, czyli domaga się po prostu, byśmy wszyscy, zupełnie jak on zamienili się w grubodupych cukrzyków i jeszcze epatowali tym ludzi w swoich książkach. I żeby nam do głowy nie przyszło stawiać się Duginowi bo to jest brak politycznego realizmu. Mamy słuchać i kiwać głowami. A z jakiej racji ja się pytam? Czy Dugin to jest jakiś znany psychiatra, który nam wystawi porządne L4? Oczywiście, że nie, on nam nic nie wystawi i nic nie postawi. Na jego widok my możemy co najwyżej postawić oczy w słup. Gawęda Dugina jest dęta i miękka jak nie powiem co, bo na sali są panie. Rosja i jej mocarstwowo religijne aspiracje kończą się w momencie kiedy napotyka ona na swej drodze przedstawicieli handlowych jakiejś korporacji albo kompanii, którzy mają pod pachą już to plik oszukanych umów, już to kuferek ze złotem. Gawędy Dugina mogą uwodzić Wrzodaka i Raźny oraz tych innych quasi profesorów z tego dziwnego uniwersytetu. I to też o tyle, o ile idą za nimi pieniądze. Bez zaliczki nie ma muzyczki jak mawiała świętej pamięci Irena Kwiatkowska. No więc nie ma się co dziwić temu listowi, bo na pewno poprzedziła go zaliczka. A skoro tak było, to sygnujący go pracownicy naukowi powinni zostać zdegradowani do stopnia szeregowca i wysłani na front besarabski bez prawa do korespondencji. Oczywiście stanie się inaczej. Powiem Wam jak. Najpierw był list Gadowskiego, który w słowach pełnych dramatyki (nie mylić z dramaturgią i dramatyzmem) usiłował przekonać nas, że Raźny to nie jest pani, która się sprzedaje, ale osoba godna szacunku tyle, że pogubiona. Po Gadowskim przyjdą inni. Ziemkiewicz pewnie coś napisze, może nawet zaliczy Wrzodaka do endecji i zacznie mu przypisywać jakieś człowiecze cechy, wszystko może się zdarzyć. Sowiniec, który zna wszystkie wymienione w moim tekście osoby poparł już bezkrytycznie Gadowskiego, a pewnie za chwilę poprze i innych, którzy będą starali się wokół tego listu zbudować środowisko politycznych realistów. To jest dziś niesłychanie łatwe, bo jakieś pieniądze wchodzą w grę, a okupant jest daleko i cała sytuacja nie ma żadnej analogii w dziejach. Z tej prostej przyczyny, że nie towarzyszy jej żadna realna obawa. Im się nic nie stanie. Zaczęło się od listu i od jego krytyki, wkrótce okaże się, że potrzebna jest debata telewizyjna z udziałem wymienionych tu przeze mnie osób, a żeby był pluralizm doprosi się do niej jeszcze jakiegoś sowietologa i ambasadora Federacji Rosyjskiej w Polsce. Po godzinnym ględzeniu dojdzie do tak zwanego konsensusu, czyli mówiąc wprost, pan ambasador naobiecuje im, między tak zwanymi wierszami tyle, że wszyscy położą się na plecki i będą machać łapkami ze szczęścia.
 
Istotne pytanie dla mnie, kiedy widzę tych wszystkich zaprzyjaźnionych ze sobą ludzi, którzy epatują nas całkiem fikcyjnymi różnicami w poglądach, brzmi – kto im dał L4? Kto im do cholery dał zwolnienie od odpowiedzialności i na ile ono opiewa? Ja nie wiem kto, ale nie znam przecież wszystkich psychiatrów w kraju.

Ta "żaba" ci nie pomoże

Autor: Integrator

Co tu dużo mówić, żyje się w naszym kraju ciężko. A gdy spotka się przypadkiem znajomego który właśnie przyjechał na chwilę obejrzeć stare kąty i powspominać, a przy tym opowiedzieć nam jak mu się gdzieś tam w świecie fajnie ułożyło, to choć człowiek dobrze życzy człowiekowi, jakoś tak się przykro robi. I jakoś się ciężej żyje.  
 
I nie wiedzieć czemu akurat w takich chwilach, wracają do nas zasłyszane, nierzadko bardzo dziwne historie. Być może to sprawka wbudowanego w nas systemu samoobrony który ma nas chronić przed totalnym udupianiem samych siebie z byle powodu? Nie wiem, ale z pewnością każdy doświadczył takiej sytuacji w przeszłości nie raz a ja doświadczyłem tego akurat dziś. Przypomniała mi się historia, która jak ulał pasuje do opisu relacji państwo-obywatel gdzie państwem bez wątpienia jest żaba. Ta historia po dzisiejszych wieczornych rozmowach przy piwie wróciła do mnie jak bumerang i chcę się dziś nią z Wami podzielić. Mnie ona bawi nieustannie od kilkunastu lat, od chwili gdy nam ją zebranym przy wspólnym grylowaniu opowiedział kolega ze studiów. Niech i Wam służy gdy popadniecie w zły nastrój, niech Wam idzie z pomocą.
 
Dla uczciwości i porządku rzeczy, bo mi to sumienie wyrzuca, z góry przepraszam i ostrzegam bo będzie ciężkie słowo. Ja szambić języka nie lubię, więc takowych wyrazów na co dzień nie używam no ale w tym przypadku bez tego się nie obędzie. Wyszedł by z tej opowieści tort bez tej przysłowiowej wisienki a na to jako smakosz ciast pozwolić nie mogę. Kto ma wyjść niech wychodzi, a my zaczynamy. To było tak....
 
Pewien człowiek, mniejsza o to kim był i co tam robił, przedzierał się przez gęsty las, jak mniemam przez któryś z rezerwatów bo wszystko stało jak przed setki laty. Majestatyczne dęby, wszechobecny mech i gęste paprocie, komary i... było bagno w które wszedł nieopatrznie ów człek, zachwycając się tym co nad głową a nie patrząc co pod stopami. Zrazu nie zrozumiał w co się wpakował. Ale gdy grunt pod nogami zaczął rozchodzić się niczym galareta padł na niego strach nieopisany. Zaczął się ratować jak umiał; wierzgał nogami, łapał się czego mógł wciągając to za sobą w topiel, przy czym darł się niemiłosiernie bardziej instynktownie niż z nadzieją, że go ktoś w tej puszczy usłyszy.  Gdy już był po szyję zanurzony i uszły z niego wszystkie siły w tej nierównej walce z pochłaniająca go przyrodą, ujrzał nagle żabę siedzącą na brzegu. Siedziała tam nieruchoma i patrzyła na niego wielkimi acz lekko przymkniętymi oczami, a co najważniejsze, zadkiem na sporym konarze. Nieuchronny topielec w pierwszej chwili dławiony paniką nie zauważył tej gałęzi a teraz gdy ją w końcu dostrzegła jasnym było, że to dla niego ostatnia deska ratunku. A że jak piszę już całkiem opadł z sił i strach przed nieuchronną śmiercią różne mu rozwiązania poddawał, zrobił co mu się w tej chwili słusznym wydawało i krzyknął do żaby:
"Żaba, pomóż!"
Żaba rzecz jasna nawet nie drgnęła. Przełknęła tylko ślinę i tyle. Oczy wciąż jakby zaspane, ni to otwarte ni zamknięte. Siedzi jak to żaba. Sensu to nie miało żadnego, ale że sytuacja do normlanych nie należała, a woda już nozdrzy sięgała, ów człek ostatnim resztek sił uniósł się tak, że mu usta ciut nad taflę się wzniosły i wrzasnął ze łzami w oczach raz jeszcze:
"Błagam, pomóż mi!"
Żaba jak się można domyśleć dalej nic, tylko oko jęzorem przemyła i siedzi jak siedziała.
W ostatnim krzyku rozpaczy i pretensji do żaby topielec wydarł się do niej ustami niemal spod wody w te słowy:
"Żabaaaaa,..... spier...j!" I utonął.
Gdy już rzęsa przykryła miejsce w którym przed chwilą zniknął ów człowiek, gdy jego wrzask odszedł w niepamięć i znów nastała cisza, żaba przełknęła z wolna ślinę, otworzyła szerzej oczy i powiedziała:
"Hm, spier...j. Co spier...j?! Przecież ja tu mieszkam!"
 


poniedziałek, 19 maja 2014

Gaszone wapno zamiast mózgu – o zawłaszczaniu konwencji

Nie da się pisać poza konwencją. Sztuka polega na tym, by wymyślać własne konwencje lub ulepszać cudze. Ten drugi sposób cieszy się większą popularnością, bo ludzie lubią słuchać tych piosenek, które już znają. No chyba, że mieszkaja w Polsce współczesnej, gdzie wszyscy ją już po dziesięciokroć oszukani i mają dość konwencji, w Polsce, gdzie ostatni posługujący się masowo rozpoznawalną konwencją pisarz właśnie umarł, gdzie nie ma żadnej ciągłości pokoleń, bo edukacja właśnie została zdewastowana i młodzi przestali rozumieć o co chodzi w powieści „Awantura o Basię”. Wtedy możemy śmiało zabierać się za szukanie własnych dróg i pisać tak jak nam w duszy gra z nadzieją, że z czasem powstanie z tego metoda i kogoś do swojej twórczości przyzwyczaimy. I właśnie my z Toyahem się tym zajmujemy. On intensywniej, a ja trochę mniej, bo przez długi czas wydawało mi się, że pisanie to są jakieś zawody w poszczególnych konkurencjach takich jak na przykład opowiadania obyczajowe. Wydawało mi się, jeszcze trzy lata temu, nie tak dawno przecież, że jak napiszę serię dobrych opowiadań obyczajowych, to one może nawet zostaną nagrodzone. I napisałem. Mam na koncie dwie takie książki, są nimi „Dzieci peerelu” i „Nigdy nie oszczędzaj na jasnowidzu”. Nie wiedziałem pisząc je, że ludzie karmiący się literaturą konwencjonalną, nie lubią żadnych zmian. Pisząc „żadnych” ma dokładnie na myśli fakt iż w każdej kolejnej książce musi być to samo co w poprzedniej. Jakikolwiek indywidualizm, osobisty profil autora nie spotka się z aplauzem, zostanie uznany za dziwactwo. Gdybym na przykład napisał, że w czasie gdy chodziłem do szkoły podstawowej miałem ciągoty do podkradania gumy do żucia ze sklepu, zyskałbym większą sympatię, jako autor tych opowiadań, niż kiedy napisałem prawdę – o tym, że byłem pierdołą, co nie potrafiła przeskoczyć poprzeczki położonej na wysokości metr trzydzieści. No, ale stało się inaczej, bo ja po prostu inaczej nie potrafię, a naśladowanie kogoś, dokładne i popadające w pastisz mnie nie interesuje.
 
Książka napisana w jakiejś znanej konwencji jest jak proszek od bólu głowy, albo setka wódki na pusty żołądek. Czytelnik, tępy, nie rozumiejący niczego poza końskimi dawkami emocji, ma po przeczytaniu takiej książki pewność, że dostał do ręki kawał dobrej literatury. I zasypia spokojnie. Potem, może o tym podyskutować z innymi czytelnikami i podnieść sobie samoocenę. Ja ten sposób obcowania z bliźnimi i literaturą znam, ale nie z autopsji, ja go znam z opisów w książkach francuskich pisarzy, a także pisarzy polskich, takich jak Bobkowski, którzy mieszkając we Francji stwierdzić musieli ze zgrozą, że z zapowiadanej finezji, wdzięku i literackiego nowatorstwa nie ma tam nic. Są tylko brzuchy, to co niżej i lustra, w których odbijają się zastawione stoły. U nas dyskusje o literaturze, te które odbywają się w głównym nurcie, zwanym czasem przez Sławomira Sierakowskiego dyskursem publicznym, wyglądają podobnie, tyle, że nie ma tam brzuchów, tego co poniżej, i zastawionych stołów. Są tylko lustra,a w nich gęby przystrojone w okulary.
 
Jedyną poza polityczną konwencją literacką rozpoznawaną przez rodzimych dyskutantów jest ta, w której realizował się zmarły przedwczoraj Marek Nowakowski. On sam jeden i w całości wypełniał niszę obyczajową i nikt w Polsce nie przewidział już w niej miejsca na kogoś innego. Ja się o tym przekonałem pisząc swoje książki obyczajowej, które są dobre i trzymają poziom, a ich niewątpliwą zaletą jest to, że we wszystkich historiach prócz dwóch uczestniczyłem osobiście. Napisałem te książki, wydałem i sprzedałem, a jednym odzewem jaki zauważyłem później był wysyp innych, podobnych, tyle że dużo słabszych książek o czasach późnego PRL, w których autorzy przekonywali czytelników, że oni też wysyłali prośby o prospekty, tyle, że dużo bardziej wdzięczne, bo właśnie mama zapisała ich na angielski i wiedzieli już co i jak. No i przez to wiecie kompromitacji nie było.
 
W opisany wyżej sposób dowiedziałem się, że literatura to nie jest konkurowanie na różnych polach niezależnych autorów, ale coś wręcz przeciwnego. Jest to podawanie ludziom środków na zbicie gorączki, w czasie kiedy oni wcale jej nie mają, kiedy czują się dobrze i chcieliby przeczytać, albo zjeść coś nowego. Nie ma siły, nie dostaną nic, bo każdy autor pogrywający konwencją jest otoczony taką ilością pośredników i tłumaczy tego co on chce powiedzieć, że na czytelnika nie ma tam już miejsca. I wszyscy ci pośrednicy czekają na jedno – na śmierć autora, żeby potem móc opowiadać jak głęboko i pięknie przeżywali jego prozę i jego zgon. Rzygać mi się chce jak widzę coś takiego.
 
Do podobnych histerii dochodzi także w obszarach publicystyki politycznej, gdzie królują takie krokodyle jak Ziemkiewicz. On po raz kolejny napisał konwencjonalną książkę, która ma złamać jakieś inne konwencje, po raz kolejny Ziemkiewicz za pomocą stereotypu jakim jest łamanie stereotypów walczy z nieistniejącymi od dawna w naszych głowach stereotypami. Czy ktoś prócz mnie szydzi z niego zdrowo? Nie, i nie będzie szydzić, ani zdrowo, ani inaczej, bo konwencja dyskusji politycznej, w której czytelnik traktowany jest jak idiota, a autor jak kapłan tajemnych kultów musi być utrzymana. Po prostu musi. Podobnie jak musi być utrzymana konwencja krytyki tej twórczości. Poczytajcie sobie, co o Ziemkiewiczu napisał Skwieciński. To jest nie do złamania, przynajmniej na razie. A ponoć jeszcze do jakiegoś płaskiego obrazoburstwa szykuje się jeszcze Cenckiewicz. A mógłby po prostu napisać biografię Ignacego Matuszewskiego, prawda? Dlaczego tego nie zrobi? Dlaczego ma przymus moderowania dyskusji i na żywca chce wyjmować mózgi swoim czytelnikom, a dziurę zalewać gaszonym wapnem? Ja nie wiem, ale mam pewne podejrzenia.
 
Pracowałem jak wiecie w kilku redakcjach, gdzie panowały stosuneczki typowe dla takich miejsc, czyli mówiąc wprost upiorne. Przekonałem się wtedy, że człowiek pisze przede wszystkim dla swojego pierwszego czytelnika. Tym zaś jest zawsze redaktor. Kto tego nie rozumie nie zagrzeje miejsca w żadnej redakcji. Utrzymanie się tam jest dużo trudniejsze niż bezstresowe donoszenie na bliźniego swego do milicji. Człowiek musi się spłaszczyć do rozmiarów pluskwy i nie ma żadnych szans na to, że sytuacja ta się kiedykolwiek zmieni. Ponieważ pisanie dla redaktorów nie gwarantuje żadnego sukcesu, nie gwarantuje nawet świętego spokoju w pracy, każdy uczciwie piszący autor po nabraniu jakiej takiej dyscypliny warsztatowej powinien stamtąd zwiewać ile sił w nogach. I czym prędzej starać się utrzymać na tych nogach o własnych siłach. No więc ja myślę, że Cenckiewicz musi pisać dla redaktorów z wydawnictwa, które publikuje jego książki. Oni mu mówią co jest ważne i na co czytelnik da się skusić, a co ominie szerokim łukiem. I on się na to zgadza. Bo nie ma wyjścia – tak myśli zapewne, ale to nie jest prawda, zawsze jest jakieś wyjście. Tyle, że z autorami książek utrzymanych w konwencji demaskatorskich kłopot jest taki, że oni są bardzo mocno pilnowani i przez to niesamodzielni. I żaden wydawca nie zrozumie, że ta metoda odbiera sens istnienia ich książkom. Bo on – wydawca – wie lepiej, jak każdy wydawca i jak każdy redaktor. Uczestniczenie w tym układzie grozi, z mojego punktu widzenia katastrofą i kompromitacją. Autorzy stracą całkowicie popularność, a sprzedaż ich książek trzeba będzie stymulować jakimiś upokorzeniami typu Cenckobus, albo wielkimi budżetami na promocję. Może się też zdarzyć, że aby przetrwać wydawcy zaczną podkradać konwencje innym autorom i zmuszać swoich do robienia tego samego tylko inaczej. Dla osób czynnych w środowisku naukowym, zdobywających te wszystkie punkty za publikacje i piszących doktoraty, będzie to bolesnym upokorzeniem. No, ale nie jest to moja sprawa, ja mam swoją misję.
 
Wróćmy do Ziemkiewicza. Usiłuje on sprzedać swoją kolejną, jakże nędzną książkę, za pomocą pewnego lewara. Podnosi stary, z istoty fikcyjny spór pomiędzy kolaborantami a prowokatorami i nazywa go sporem między Stańczykami a Mickiewiczem, między rozsądkiem a sercem, między pracą uporczywą, a słomianym zapałem. To jest oczywiście idiotyzm i gorszy w tej konkurencji od Ziemkiewicza jest tylko Łysiak, albo może nawet dwóch Łysiaków, bo na rynku książki, prócz eksploatowania konwencji mamy jeszcze problem dziedziczności talentów. Okazuje się bowiem, że można odziedziczyć talenty i to się właśnie przytrafiło Łysiakom. Ziemkiewicz zaś sprzedaje łamiąc konwencję i obrazoburząc, albo może lepiej będzie napisać obrazoburcząc. Czy sprzeda? Przypuszczam, że nie, ceny pomidorów bowiem lecą mocno w dół, a niedługo to samo będzie z truskawkami.
 
Nie istnieje i nigdy nie istniał żaden spór pomiędzy romantykami a ugodowcami, a o tym jaką cenę kolaboranci musieli płacić za święty spokój i możliwość pisania w gazetach różnych dyrdymałów wiedzieli tylko oni. Ziemkiewiczowi może się zdawać, że to ich nic nie kosztowało, ale jest w błędzie, a skoro tak to znaczy, że on nawet powołując się na nich łże jak pies. On by chciał być kolaborantem w sytuacji kiedy nie ma okupanta. I takim samym chciałby być bohaterem – na ekranie w kinie wyświetlają film wojenny, na widzów sunie czołg i strzela z działa, wszyscy spokojnie pogryzają popcorn, aż tu nagle z fotela zrywa się jakiś brodaty gość w okularach i woła – hurrraaaaa i rzuca w ekran drewnianym granatem. Zapala się światło, najbliżsi sąsiedzi pana Rafała, jego przyjaciele i znajomi klaszczą, reszta publiczności patrzy z zaciekawieniem co teraz się stanie z tym biednym świrem. Tak wygląda sytuacja Ziemkiewicza na rynku książki opisana a rebours. Nie mogę jej opisać inaczej albowiem nigdy nie byłem kolaborantem, przepraszam, chciałem napisać ugodowcem i nie wiem jakimi narzędziami się taki rzemieślnik posługuje.
 
Przewiduję, że dla czytelników „naszej” prasy i widzów telewizji Republika nadchodzą ciężkie dni. Będą im wyjmować mózgi i lać do czaszek gaszone wapno. Będą im mówić, że lepiej z Niemcami niż z Rosją i o tym, że rozsądek przede wszystkim. Nikt jednak nie opisze co się działo na posterunkach austriackiej żandarmerii, kiedy przesłuchiwano tam i nakłaniano do kolaboracji przyszłych redaktorów „Teki Stańczyka”. Takiej sztuki w Polsce póki co nie potrafi dokonać żaden pisarz. 

Jacek Pałasiński, czyli czas freaków


Przez minione dwa, a właściwie trzy – bo piątkowe popołudnie w to też wchodziło – sprawdzałem matury, a ponieważ mam już taki charakter, że jak już się za coś wezmę, to nie ma takiej ludzkiej siły, która by mnie mogła od tego odciągnąć choćby na chwilę, raczej słabo obserwowałem świat rozciągający się za oknami szkoły, gdzie nas rozmieszczono. Nie zmienia to jednak faktu, że parę rzeczy zauważyłem. Dosłownie parę. Pierwsza z nich, to Donald Tusk maszerujący za rękę z tą idiotką, a obok nich książę Harry, a więc widok, który zrobił na mnie takie wrażenie, że brakuje mi słów, by ten wątek w sensowny sposób ciągnąć dalej. Druga natomiast to – uwaga, uwaga – redaktor Pałasiński, o którym tu już parę razy było, ale wygląda na to, że jak idzie o tego kosmitę, święte słowa Ozziego – „no rest for the wicked” – znajdują zastosowanie każdego dnia. A więc, owszem, dziś będzie o Pałasińskim.
Zanim jednak przejdę do rzeczy, winien jestem czytelnikom tego bloga ważną informację. Otóż okazuje się, że kiedy niedawno informowałem, że Ministerstwo Edukacji nie daję egzaminatorom maturalnym długopisów, ołówków, gumek i temperówek, to kłamałem, jak bura suka. Od zeszłego roku bowiem nastąpiła wyraźna poprawa i, jak się domyślam, dzięki obcięciu stawek za każdy kolejny sprawdzony arkusz, udało się na rzecz pracy egzaminatorów zakupić znaczną ilość wspomnianych ołówków, gumek i czarnych długopisów. Na temperówki akurat nie starczyło, i te akurat musieliśmy mieć własne, co się zresztą bardzo przydało, bo ze względu na fakt, że ołówki były absolutnie najtańsze, wymagały one nieustannego ostrzenia. Ale, cokolwiek by nie mówić, poprawa jest, i ja to bardzo chętnie autorytatywnie tu zaświadczam.
Przechodzimy do Pałasińskiego. A więc o nim akurat wspominałem tu dwa razy. Dość niedawno przy okazji szydzenia z któregoś dziennikarza tygodnika „W Sieci”, który próbował bez sensu popisywać się znajomością języka angielskiego, przypomniało mi się, jak to Pałasiński swego czasu przetłumaczył frazę „late pope”, jako „późny papież”, natomiast jeszcze w roku 2011 napisałem tekst zainspirowany popisami Pałasinskiego na jego blogu, a dokładnie komentarzem na temat spotkania Rodzin Radia Maryja na Jasnej Górze. Pałasiński wówczas odezwał się w taki sposób do premiera Kaczyńskiego:
Nie uwłaczając nikomu, to, Panie Premierze, na Jasnej Górze stała przed Panem Polska na zasiłku, Polska najmniej twórcza, Polska nie umiejąca produkować bogactwa, Polska niewykształcona, Polska zaściankowa, Polska nieprzygotowana do stawienia czoła wyzwaniom współczesności, Polska zabobonna, Polska czerpiąca swą siłę do przetrwania z chorobliwej nienawiści do wszystkiego co czyste, szlachetne i mądre, Polska, która podzieli się wedle własnego życzenia, Polska mentalnie zakorzeniona w komunizmie, Polska, która za Polskę nigdy się nie biła, Polska budująca dla Polaków małe, krzywe i szare domy, Polska nie potrafiąca nawet wybudować gładkiej szosy, Polska rozkradająca własność prywatną i publiczną, Polska z pochodów na 22 lipca, Polska szmalcowników i donosicieli, Polska podła i głupia. To Pan wybrał sobie taką Polskę i chce do niej przynależeć. My nie”.
Chcąc odpowiednio skomentować to wystąpienie, skupiłem się na tym zamykającym ów bluzg słowie „my” i napisałem tak:
Otóż kiedy czytam ten tekst z blogu Jacka Pałasińskiego, nie mogę nie wspomnieć ‘niemieckiego’ skeczu Monty Pythona, kiedy to któryś z nich, przebrany za oficera Gestapo, wyciąga do nas palec w czarnej, skórzanej rękawiczce i mówi: ‘Vee know vot you did. Vee have seen your acts. Vee vill make you suffer and beg for mercy’. Jakoś tak. I teraz czytam to ‘my’ Pałasińskiego I słyszę to prześmiewcze ‘vee’. To jest oczywiście bardzo komiczne, ale pewien dreszcz po plecach, owszem, przechodzi. Trzeba tylko red. Pałasińskiego trochę przylizać, no i nieco inaczej mu przystrzyc ten ruski wąsik”.
No i kiedy wydawało się, że z Pałasińskim mamy raz na zawsze spokój, okazało się, że nic podobnego. Jak na porządnego kosmitę przystało, on się okazał niezniszczalny i nie dość, że wszystko to, czym dysponował dotychczas zachowało się w stanie nienaruszonym, to zdołał w swoim arsenale zgromadzić parę dodatkowych atutów, między innymi własny profil na Facebooku. Oto okazało się, że w Sudanie skazano na śmierć kobietę, za to, że związała się z chrześcijaninem, co Pałasiński uznał za konieczne skomentować w następujący sposób: „Prawo i sprawiedliwość po islamsku. Sudan wymarzonym miejscem na ziemi dla naszych dzikoludów z PiS-u i okolic?”.
Ktoś powie, że to nic takiego. Pałasiński to półprzytomny staruszek, który nie rozróżnia łokcia od dupy, a więc trudno też od niego wymagać, by się kontrolował, gdy idzie o naprawdę silny motywowany politycznie resentyment. Otóż nic z tego. Z informacji dostępnych w Wikipedii wynika, że choć on faktycznie wygląda na mocno posuniętego, to w rzeczywistości ma zaledwie 62 lata, a więc nie tylko odpada starcza demencja, ale choćby i zwykłe starcze zacietrzewienie, z którym mamy do czynienia w przypadku Bartoszewskiego czy Kutza. Tu musi chodzić o coś jednak innego. A więc może mamy do czynienia ze swojego rodzaju reinkarnacją Stefana Niesiołowskiego? Otóż moim zdaniem też nie. Niesiołowski oczywiście, jak wszyscy wiemy, potrafi zaimponować, niemniej musimy przyznać, że on przynajmniej, jeśli go zapytać o owady, potrafi o tych owadach gadać bez żadnych politycznych dygresji; jeśli go poprosić o komentarz na temat aborcji, eutanazji, czy teologii gender, też można się spodziewać, że on nie zacznie nagle gadać o Kaczyńskim; no i przede wszystkim, ja nie mam wątpliwości, że gdyby Niesiołowskiego zachęcić do wygłoszenia komentarza na temat owego strasznego sudańskiego incydentu, on by się trzymał tematu, a więc problemu walki z chrześcijaństwem, a nie bluzgałby na PiS. A więc tu akurat o Niesiołowskim mowy być nie może. Tu przed nami stoi Jacek Pałasiński.
Przed chwilą, już pisząc ten tekst, wpadłem na inną jeszcze dość starą wypowiedź Pałasińskiego, kiedy ten, komentując likwidację przez Amerykanów Osamy Bin Ladena, napisał co następuje:
Rząd pakistański wziął udział w wyśledzeniu i likwidacji fanatyka religijnego Osamy, choć przecież Osama robił to, co robił w imię religii, którą i członkowie owego rządu wyznają. Kiedy zagrożenie ze strony religijnych fanatyków i wspierających ich polityków dotrze także i do rządu polskiego?
Przepraszam bardzo, ale to nie jest ani demencja, ani prosty obłęd, ani nawet zwykła polityczna fiksacja. Ja znam i ludzi starych, i ludzi częściowo obłąkanych, a nawet też zdarzyło mi się trafić na tych z nich, których do szaleństwa doprowadziło ogólne polityczne napięcie. Żaden z nich jednak nawet się nie zbliżył do tego, co się dzieje z Jackiem Pałasińskim. Wygląda na to, że on osiągnął stan, w którym można by go właściwie zacząć zatrudniać w cyrku, jako tak zwanego freaka. Wynosiłoby się go na środek areny w odpowiednio wzmocnionej klatce, publiczności kazałoby się skandować na zmianę słowa „prawo” i „sprawiedliwość”, a on już by dalej wypełniał swoimi popisami tę część programu. W jaki sposób? A skąd ja to mogę wiedzieć? Jedno wiem na pewno: to by było naprawdę coś prawdziwie niezwykłego i on by tak mógł ciągnąć naprawdę długo, co najmniej do czasu aż by nie zszedł na marskość wątroby, czy jak się nazywa to coś, co dopada tych już najbardziej zdegenerowanych alkoholików.
A zatem, jak widzimy, to tak naprawdę nie Pałasiński jest tu naszym największym utrapieniem. To jest człowiek w sposób oczywisty chory, i to chory tak, że gdybyśmy na niego trafili nie w telewizji, czy na jakichś internetowych stronach, ale powiedzmy w szpitalnym korytarzu, uprzejmie byśmy się odsunęli i odeszli, zadumawszy się nad ludzkim losem. O wiele bardziej frapujące natomiast jest to, do czego doszły polskie media, czy, ogólnie bardzo rzecz ujmując, polska scena publiczna. Czy naprawdę osiągnęliśmy już ten etap, gdzie transmituje się na żywo już nie tylko pornografię, zbrodnię, ludzkie tragedie, ludzką śmierć, ale też ludzkie opętanie? Przepraszam bardzo, ale chyba pewnych granic przekraczać naprawdę nie wypada. Nawet w tym naszym nowym, wspaniałym świecie.

niedziela, 18 maja 2014

Monte Christo ze szpadryną

Marka Nowakowskiego zobaczyłem po raz pierwszy w kolejce do kasy, na korytarzu nie istniejącej już dziś redakcji „Expressu Wieczornego”. On czekał na pieniądze i ja także. Były to honoraria za teksty. Ja wiedziałem już wtedy, że on jest pisarzem, a on o mnie, rzecz jasna, nie wiedział nic. Stałem za nim w kolejce do tej kasy, były to szczęśliwe czasy, kiedy nikomu nie śniła się jeszcze internetowa bankowość, a po korytarzach warszawskich redakcji snuli się dziwni, wpuszczeni przez nie wiadomo kogo ludzie i zadawali zaskakujące pytania dziennikarzom. O ile pamiętam było już po denominacji i wynagrodzenie odbieraliśmy w nowych banknotach. Nie dało się nie zauważyć ile wziął za dwoje kryminalne opowiadanie Marek Nowakowski. On też wcale tego nie ukrywał. Kiedy w kasie pojawiła się płowa czupryna pani kasjerki, zapytał czy są już te groszaki dla niego. No i pani wypłaciła mu 120 złotych z jakimiś drobnymi. Następny w kolejce byłem ja i dostałem 50 złotych z drobnymi za dwoje kawałki o zabytkach. To było sporo forsy jak dla mnie, ale zdziwiłem się, że postać taka jak Marek Nowakowski dostaje ledwie 120 żyli w dużej redakcji mieszczącej się w końcu nie byle gdzie, bo w Alejach Jerozolimskich. Nie poszedłem jednak po rozum do głowy, nie rzuciłem pisania, zniechęcony tym jego wynagrodzeniem, ale zacząłem się w tym absurdalnym zawodzie doskonalić. To był początek mojej drogi i teraz jestem tu gdzie mnie widzicie, a Marek Nowakowski właśnie zmarł.

Nie przeczytałem ani jednej jego książki, a jednak wiedziałem kim on jest. Nie fascynował mnie, nie pociągał, ale rozpoznawałem go na ulicy. Kiedyś spotkałem go przy placu Unii Lubelskiej, szedł z jakimś facetem i gestykulował. – Nowakowski idzie – pomyślałem, ale do głowy nie przyszło mi zastanawiać się skąd wiem, że to jest akurat on – pisarz Nowakowski. Dopiero wczoraj mnie naszło. Ja go musiałem znać z telewizji i Gazety Wyborczej, ponieważ nic innego w tamtym czasie nie przyswajałem. Oglądałem telewizję lub czytałem Gazetę Wyborczą. Pamiętam jak mnie denerwowały ustawki z jego udziałem. Pamiętam jakiś tekst, w którym opisano jeden z licznych pisarskich konkursów, gdzie Nowakowski był jurorem. No i on tam wręczał nagrodę debiutantowi i pani z gazowni, podsumowała to zdaniem – stary wilk ściska rękę młodemu wilczkowi. I ja wtedy pomyślałem to samo co myślę dzisiaj – w ten sposób się załatwia autorów. I tych starych, doświadczonych, ale marnie wynagradzanych i tych młodych, którzy nigdy żadnego wynagrodzenia nie dostaną. Ludzie jednak, którzy twierdzą, że pisarze są im potrzebni jak powietrze i chleb nie rozumieją tej sytuacji nie w ząb i gotowi są zabijać za życia ludzi piszących, a po śmierci brukać ich pamięć swoimi nędznymi laudacjami.

Marek Nowakowski był kiedyś na spotkaniu w Grodzisku Mazowieckim, przyszedłem oczywiście i usiadłem w pierwszym rzędzie. On opowiadał, słabym już głosem o tym co tam się działo po wojnie w tych Włochach, był bardzo już zmęczony i chciał jak najszybciej iść do domu. Zapytałem go, czy chodził na włamy. Wydawało mi się, że takie pytanie jest na miejscu, skoro ktoś epatuje znajomością środowiska małomiasteczkowych przestępców to powinien się zadeklarować – chodził na włamy, czy nie. On mnie jednak zbył, pytanie usłyszał, ale powiedział, że nie powinno mnie to obchodzić. Podarowałem mu książkę o jasnowidzu. Podobało mu się, dzwonił nawet w tej sprawie, ale dla mnie nie miał ów fakt już żadnego znaczenia. O żadnym bowiem następstwie pokoleń wśród autorów nie może już dziś być mowy. I pewnie nigdy nie było o tym mowy, ale ludziom aspirującym do miana inteligencji wydawało się zawsze, że tak powinny wyglądać relacje na rynku książki – jeden umiera, a na jego miejsce przychodzi inny. Widownia zaś klaszcze i wznosi okrzyki, bo to wszystko dla niej, dla niej….Ci inni czasami się rzeczywiście pojawiają, ale za każdym razem możemy mieć pewność, że są to ludzie zawczasu przygotowywany przez jakieś powiązane z policją środowiska do odegrania roli pisarzy. W dodatku nie zwyczajnych, ale wybitnych. Publiczność bowiem interesuje się jedynie obcowaniem z pisarzami wybitnymi, inni nie mają szans. Dlatego tylu ich dzisiaj mamy, żeby publiczność była usatysfakcjonowana.

Raz czy dwa rozmawiałem z osobami, które Marka Nowakowskiego znały osobiście, nie piły z nim wódki, ale znały go dobrze. No i osoby owe dobrze zdawały sobie sprawę, że proza Marka Nowakowskiego, była wymyślona w całości, od pierwszego do ostatniego zdania, że była to stylizacja, konwencja, jakiej oczekiwała oszalała, warszawska publiczność, która musi mieć swojego pisarza, bo inaczej będzie czuła niedosyt, frustrację i dziwne lęki. Jeśli nie byłoby Nowakowskiego, pojawiłby się z pewnością inny „warszawski pisarz”, eksploatujący temat podwórek, wódki i przestępców. Tylko ktoś wyjątkowo niewyrobiony literacko mógł brać to co pisał Marek Nowakowski serio. Dlaczego tak było? To jest sprawa dość prosta i oczywista, ale nikt jej nie opisze, bo wtedy czar pryśnie, zgasną światła, scena się odwróci i okaże się, że ci co siedzą na widowni i podziwiają pisarzy są teraz oświetleni przez setkę lamp sodowych, a z ciemności w ich kierunku lecą nieprzychylne słowa i ogryzki.

Marek Nowakowski obracał się w tak zwanych środowiskach, znał artystów, pisarzy, gliniarzy, bo nie można znać złodziei, a nie znać policjantów, znał dziennikarzy i różne brudy, które wśród tego towarzycha zalegały. I on miał okazję obserwować ewolucję tego środowiska od wczesnych bardzo lat powojennych, debiutował dawno temu w wieku 23 lat. To duże osiągnięcie, zważywszy na to jakie pomysły przychodzą człowiekowi do głowy kiedy ma 23 lata. Nie pisał jednak o tym. Pisał o czymś zupełnie innym, na czym znał się trochę, a to czego nie znał po prostu wymyślił. Pomyślcie co by było, gdyby Marek Nowakowski zamiast tych rzekomo zwyczajnych historii o życiu ludzi na przedmieściach opisał te wszystkie fałszywe konkursy literackie, kolegia redakcyjne, w których uczestniczył, swoje znajomości z politykami i inne takie numery. To by dopiero było. No, ale wtedy zniszczyłby sobie życie, bez wątpienia…Ludzi ci bowiem to właśnie jego publiczność, to oni go dziś oklaskują, bo przez całe dorosłe życie puszczał im na odrapanej ścianie stare, zleżałe slajdy ze scenami ukazującymi życie „niższych sfer”. To im dawało satysfakcję, a jemu honoraria na poziomie 120 złotych za materiał.

Obejrzałem kiedyś połowę spektaklu wyreżyserowanego na podstawie jakiegoś opowiadania Marka Nowakowskiego. O jakimś księciu z przedmieścia czy o kimś podobnym. Było to po prostu straszne, fikcyjność tego tematu uniemożliwiała po prostu konsumpcję. Był tam dobry złodziej, aspirujący do bycia jeszcze lepszymi złodziejami młodzieńcy i jakieś dziwki. Poetyka, która wielu znudzonym i usadowionym w miękkich fotelach ludziom kojarzy się z tak zwanym prawdziwym życiem. Tylekroć już wyszydzonym. Wczoraj umarł Marek Nowakowski, człowiek który próbował przekonać nas, myślę, że nieszczerze, że przestępcy mogą fascynować. Do swojej prozy dołączał zawsze aneks, który da się streścić zdaniem – muszą to być jednak przestępcy małego kalibru i koniecznie nieudaczni. O fascynacji wielkimi złodziejami ze sfery publicznej nie może być mowy. Oni mogą najwyżej wykupić bilet na to przedstawienie i zasiąść na widowni, a potem klaskać i wzruszać się losem Benka Kwiaciarza. Myślę, że przez ostatnie lata Marek Nowakowski był traktowany przez środowiska tak zwanych :”naszych” całkowicie instrumentalnie. Myślę też, że zdawał sobie z tego sprawę, ale nie miał żadnego wyjścia. Nie stawał już co prawda w kolejkach do kasy, bo 120 złotych wysyłano mu na konto, ale ucieczki od tej degradacji nie było. Skąd ja wiem, że to była degradacja? To proste, wczoraj Sakiewicz umieścił na swoim portalu taką oto informację: umarł Marek Nowakowski, publicysta „Gazety Polskiej Codziennie”. I tyle. Marek Nowakowski był moim zdaniem autorem niewolnym i zawłaszczonym. Przyszło mu żyć w trudnych czasach, bo miejsca dla pisarzy nie ma tu w ogóle. On, poprzez swoje wcześniejsze doświadczenia, odnalazł się w niewielkiej niszy i w niej żył. Pomiędzy nim a prawdą była jednak gruba warstwa tępych oklaskiwaczy, pomiędzy nim a prawdą był jednak lęk, którego Marek Nowakowski nigdy nie pokonał. On nie był pisarzem przedmieścia, on sobie je jedynie niewyraźnie przypominał, z czasów młodości. To był pisarz obcujący z elitą, ale na jej temat nie odważył się napisać ani jednego słowa. I nie cytujcie mi tu „Raportu o stanie wojennym” dobrze….

Władysław Bartoszewski, czyli człowiek bez znaczenia


Nasz kolega Coryllus napisał dziś kolejny bardzo dobry tekst, tym razem poświęcony wyjątkowo brutalnemu procederowi głównie intelektualnego i emocjonalnego wykorzystywania kobiet przez najróżniejszego rodzaju oszustów, poczynając od zwykłych, jak on to określa „puchaczy rolnych”, przez pospolitych oszustów, a kończąc na politykach. Powiem szczerze, że choć tekst Coryllusa okazuje się ostatecznie idealnie pełny, początkowo liczyłem na to, że on trochę miejsca poświęci naszym biednym koleżankom z blogów – w tym tak przecież inteligentnym i w pewnym sensie wybitnym, jak Kobieta Kula – które w kompletnie nierozpoznany sposób garną się do blogów prowadzonych przez oczywistych wariatów, by nie powiedzieć – psychopatów, których obłęd rozpoznali już wszyscy… tylko nie one.
No ale, jak mówię, ostatecznie tekst Coryllusa stanowi całość idealnie zamkniętą, a biorąc pod uwagę fakt, że w swoim komentarzu on jeszcze nam przypomniał u dzisiejszych urodzinach kobiety świętej i jednocześnie skandalicznie zapomnianej, mianowicie Marii Gaetan Agnesi, mamy naprawdę znacznie więcej, niż mogliśmy się spodziewać.
Ktoś się zapyta, co ja tu w takim razie robię. Otóż jest tak, że w „Warszawskiej Gazecie”, od dziś do nabycia w kioskach, znajduje się mój felieton poświęcony również kobiecie – moim zdaniem kobiecie mądrej, dzielnej i niezłomnej – a mianowicie Krystynie Pawłowicz, i zgodnie z niepisanymi zasadami, ja ten tekst powinienem tu opublikować najwcześniej jutro, lub w niedzielę. Tak się jednak składa, że i jutro i pojutrze od rana do wieczora będę sprawdzał matury i nie ma takiej możliwości, bym coś napisał, a zatem i przez te matury i trochę w uzupełnieniu tekstu Gabriela, chciałby już dziś zaprezentować tu tekst poświęcony kobiecie, której nie jest w stanie oszukać nikt, bo ona jest od nich wszystkich jednoznacznie sprytniejsza. W najlepszym słowa tego znaczeniu. A więc – choć na komentarze czekam z niecierpliwością – kolejny tekst dopiero w poniedziałek.
Z pisaniem o Władysławie Bartoszewskim mam z jednej strony sytuację wyjątkowo komfortową, bo w polskiej przestrzeni publicznej nie ma chyba osoby aż tak jednoznacznie odpychającej, jak ten człowiek, więc nie trzeba się wysilać, a z drugiej – z tego samego zresztą powodu – istnieje niebezpieczeństwo, że nie znajdę sposobu, by w felietonie tak skromnym, o kimś tak szalenie płaskim, napisać coś na tyle interesującego, żeby to w ogóle dało się czytać. No bo jakie tu mam możliwości? Powtarzać po raz enty tak bardzo już wytarty slogan o „strasznym dziaduniu”? Ja tu naprawdę mam o wiele większe ambicje, niż podłączanie się do popularnej debaty.
A mimo to trzeba się tym dziwnym człowiekiem zająć. Na szczęście, mamy też Krystynę Pawłowicz – osobę, która pod każdym niemal względem stanowi jego całkowite przeciwieństwo, a więc jest od Bartoszewskiego znacznie bardziej dowcipna, inteligentna, i wreszcie, co bardzo istotne, odważna. Bo ile ją kosztuje wygłaszanie szczerych opinii, wiemy wszyscy aż za dobrze. Natomiast zastanówmy się nieco, jakiego to charakteru trzeba, by publicznie wyzywać antysystemową część społeczeństwa od bydła, a ich najszczersze emocje określać jako nekrofilię, mając jednocześnie pełne gwarancje Systemu? Przecież w sytuacji, w jakiej dziś się znajduje Bartoszewski, na taką odwagę mógłby sobie pozwolić już nawet nie pastuch, ale najzwyklejszy uczestnik debat na portalu „Gazety Wyborczej”.
I tu pojawia się Krystyna Pawłowicz i w dzisiejszej sytuacji, gdy już można sobie pozwolić naprawdę na wiele, choć wciąż oczywiście nie na za wiele, no a już z całą pewnością nie na coś, co dla każdego uczestnika politycznej debaty stanowi oczywiste tabu, mówi nam Pawłowicz ni mniej ni więcej, jak najpierw to, że w najnowszym klipie Platformy Obywatelskiej Bartoszewski „siedzi w fotelu jak przed egzekucją na krześle elektrycznym i to już chyba po wykonaniu wyroku, bo wszystkie światła jakieś pogaszone dziwnie”, a następnie – na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział, w czym rzecz – dodaje, że Bartoszewski, to „pastuch powiedziałabym słabej klasy, [który to] pastuch niech się schowa i już nie poucza, ani bydła ani nikogo innego
". No i wreszcie, jak można było zresztą od początku oczekiwać, wyczytana po nazwisku i zachęcona, żeby „dziadunia” przeprosić, ów fantastyczny popis politycznej retoryki kończy tym, że to akurat ona „się czuję obrażona i w imieniu bydła oczekuję jego przeprosin. Pan Bartoszewski jeszcze nie jest wpisany do konstytucji”.
Mam zresztą wrażenie, że to ostanie zdanie, szalenie niesprawiedliwie, zostało w bieżących komentarzach pominięte, a zatem nawet jeśli ten felieton powstał tylko po to, by na nie zwrócić uwagę, stanowi to powód wystarczający. Otóż na tym właśnie polega wielkość Pawłowicz i małość Bartoszewskiego. Ją mamy po to, by nam wyjaśniała, że konstytucja nie służy chronieniu agentów Systemu, ale rzeczy znacznie ważniejszych, natomiast jego… Władysław Bartoszewski tu akurat stanowi element w najlepszym wypadku obojętny.