whos.amung.us

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Dlaczego politycy i dziennikarze nie są jednymi z nas?

Autor: Integrator

Naszła mnie taka refleksja, w tych w końcu bardzo przecież refleksyjnych dniach, z którą chciałbym się dziś podzielić. Zanim jednak zacznę o tych dziennikarzach i politykach co to ich w tytule tak na dzień dobry trącam, muszę zacząć od paru wspomnień o moim wujku. Tak tytułem wprowadzenia.

Otóż miałem kiedyś takiego wujka, który choć pochodził ze wsi, to razu pewnego postanowił to wszystko rzucić, wyjechać do miasta na studia i już tam sobie do końca żyć po swojemu. A rzucił to wszystko w takim znaczeniu, że on nie tylko zostawił w tej wsi całą swoją rodzinę; ojca, matkę i siostrę z dużym gospodarstwem na głowie, ale także związane z tą wsią i tą ziemią tradycje i zwyczaje. A więc rzecz jasna także wiarę, którą mu próbowano przekazać, w efekcie czego zaraz ten mój wujek pobłądził, rozszedł się z żoną, wziął sobie kolejną, i tak sobie żył jak umiał opierając się o własne siły i wyobrażenia. W sumie to ja już nie pamiętam czy on się rozszedł z tą żoną bo wcześniej rozszedł się z wiarą, czy też ona go po prostu rzuciła a on wtedy machnął ręką już całkiem na wszystko? Mniejsza o to. Faktem niezbitym jest to, że on był ateistą i że miał drugą żonę. A że w tamtych czasach ateizm i rozwód były sprawami rzadko spotykanymi, więc my chodzący nie tylko co niedziela do kościoła, patrzyliśmy na niego swoimi dziecięcymi oczami z nieukrywaną ciekawością gdy przyjeżdżał co parę lat w wakacyjne dni odwiedzić rodzinne strony.

Ów wujek gdy już był na miejscu, jak to było w zwyczaju każdego przyjezdnego i każdego domownik siadał na ganku albo na ławce pod antonówką i zaczynał opowiadać o tym jak to kiedyś ta wieś wyglądała, jacy tu ludzie kiedyś mieszkali, z czego byli znani. Siedział tak i gadał godzinami, a że robił to w sposób bardzo powolny, paląc jednego papierosa za drugim (które go zresztą na tamten świat wysłały), z każdym akapitem ubywało słuchaczy, aż w końcu zostawał sam lub z kimś kogo moja babcia a jego siostra, delegowała do słuchania tych opowieści bo jak mówiła - brak kultury, i nie wypada.

Dlaczego ja o tym wujku tu wspominam? Otóż ja wczoraj miałem okazję wziąć udział w Drodze Krzyżowej, którą od paru lat w Wielki Piątek organizuje metropolita warszawski aktualnie kardynał Nycz i której przewodzi prowadząc zgromadzonych ulicami Warszawy. Wszystko zaczyna się na placu przed kościołem św. Anny i tam też się kończy, a jej wyjątkowość polega na tym, że od stacji do stacji poszczególne grupy niosą na swych barkach wielki bo około ośmio-metrowy krzyż. Na tyle wielki i ciężki, że odcinki od jednej stacji do kolejnej są odpowiednio krótkie, a nieść go musi przynajmniej kilkanaście osób.

To był mój pierwszy udział w tak organizowanej Drodze Krzyżowej i przyznam się od razu, że ja nie umiałem się należycie skupić i oddać się temu w czym biorę udział tak na sto procent w sensie duchowym. Ja do takich spraw potrzebuję jednak ciszy, albo tego czego ja nazwać nie umiem a co się czuje od chwili przekroczenia progu kościoła. No tak już mam i tak mi chyba zostanie. Była więc to dla mnie raczej okazja do publicznego wyznania wiary a przy okazji poczynienia pewnych spostrzeżeń natury socjologicznej, na poziomie bardzo podstawowym acz bardzo owocnym. 
Pierwsze co mnie uderzyło to fakt, że na takie wyznanie publiczne wiary przyszli ludzie na prawdę różni. Z wyglądu majętni i biedni, ci ewidentnie zmęczeni życiem i ci którym idzie dużo łatwiej. Młodzi, starzy, tacy z tytułami i tacy od codziennego machania łopatą. Byli wszyscy i stali obok siebie wymieszani dokładnie tak jak to ma miejsce co niedziela w kościele. Stali obok siebie i tworzyli jedną masę, ewangelicznie mówiąc - stanowili jedno bo tu i teraz wobec tego krzyża byli sobie równi. Równie zmarznięci, po równo zmęczeni, tak samo grzeszni. Ta równość była i zawsze będzie dla mnie największą wartością wynikającą z wiary i nauczania Kościoła. A zarazem największą jego tajemnicą.

Druga myśl już mniej wzniosła spadła na mnie w chwili gdy mijaliśmy Pałac Prezydencki, czyli miejsce w którym harcerze postawili krzyż smoleński, którego potem musieli bronić zwykli ludzie, a który wraz z tymi ludźmi najpierw opluto a później razem z nimi siłą usunięto. Wszystko rzecz jasna pod hasłem "godne miejsce dla krzyża jest w świątyni". Gdy więc mijaliśmy to miejsce, podążając za gigantycznym krzyżem, (nota bene aż się prosiło by zrobić symboliczną stację przed Pałacem), od razu zaczęło mi w głowie szumieć takie pytanie, czym się różni właściwie to co my teraz robimy od tego co robili tamci wyrzuceni stąd obrońcy krzyża? Bo przecież też zebrali się dla krzyża choć znacznie mniejszego, i też by się modlić - więc czemu tamtych opluwano a my szliśmy spokojnie przez nikogo nie zaczepiani? Dlaczego tamtych policja nie chroniła przed pijanymi chłystkami i palącymi gumy motocyklistami, a dla nas wyłączyła  z ruchu całe ulice którymi tak dzielnie prowadził nas metropolita? I czym różni się ten krzyż od tamtego? Odpowiedzi w miarę mijania kolejnych stacji nie znalazłem, nie licząc tego smutnego w gruncie rzeczy podejrzenia, że o "wadze" krzyża decydować musi "waga" człowieka który go trzyma, który przewodzi ludziom wokół niego zgromadzonych. Ale chyba nie po to na tym krzyżu przyszło Jezusowi umierać? Więc w swej naiwności dalej szukam gdzieś tam w sobie na to pytanie odpowiedzi.
Ale wróćmy do mojego wujka. Bo to on mi na koniec tej drogi myśli zaprzątał do tego stopnia, że ja już tylko szedłem i zawzięcie rozmyślałem. Otóż z czasem jak dorastałem i siłą rzeczy zaczynałem wchodzić z nim w różnego rodzaju dyskusje, także te o wierze, zaczynałem pojmować, że on patrzy na nas i nasze zwyczaje z niemniejszą ciekawością jak my owymi dziecięcymi oczami na ten jego ateizm i ten jego rozwód. Z co raz większą pewnością rosło we mnie przekonanie, że on patrzy na nas z pewnego rodzaju politowaniem mając nas w duchu za biednych i zlęknionych ludzi którym ktoś ostro namieszał w głowach. Myślę, że to co on tam sobie myślał można porównać tylko z tym co czują podróżnicy, którzy trafiają do afrykańskiej wioski w której wszyscy wierzą, że w drzewie na końcu wioski mieszkają duchy przodków i całe swoje życie podporządkowują temu wierzeniu. Przyznam, że nigdy o tym szczerze nie mówiliśmy, ale to jego nas postrzeganie było oczywiste i w gruncie rzeczy bardzo mnie bawiło.

I jak to ma się do Drogi Krzyżowej? Nijak. Za to bardzo do dziennikarzy którzy przez cały czas nam towarzyszyli, zachowując dokładnie ten sam stan ducha co mój wujek. Oni choć z musu wmieszani w ten wierzący tłum, byli jednocześnie całkiem obok. Skakali po słupach by mieć jak najlepsze ujęcia, wciskali się tam gdzie inni czuli, że nie wypada, strzelali lampami po oczach, i już, i tyle. Absolutnie nic więcej, ani modlitwy, ani klękania, żadnego znaku krzyża. Jak już pisałem, ja się skupić (także przez to ich skakanie po słupach) za bardzo nie mogłem, ale ani na chwilę nie uciekało mi z głowy, że biorę udział w akcie religijnym, i że gdy trzeba klęknąć to trzeba klęknąć, a gdy trzeba śpiewać to się śpiewa i przynajmniej tak uczestniczyłem w tym co się działo dookoła. Dziennikarzom to było całkiem obce i nie mam tu na myśli, tego że oni nie klękali i nie śpiewali, tylko strzelali te swoje fotki. Mam tu na myśli ich całkowite wyobcowanie. Oni byli ponad to. Dla nich to była sprawa tak niezrozumiała jak dla tego mojego wujka nasze chodzenie na niedzielną mszę świętą, a jednocześnie coś do czego oni przywykli, i co bez żadnych emocji co jakiś czas z racji wykonywanego zawodu muszą obbstrykać.
To wtedy pomyślałem sobie, że tak ci dziennikarze którzy przepychali się by złapać lepsze od pozostałych ujęcie, jak i politycy którzy pchają się im pod te obiektywy to grupy których bardzo brakowało wśród wydelegowanych do niesienia tego krzyża. A nieśli go tak biskupi, jak i księża, siostry zakonne, potem prawnicy, przedstawiciele rzemieślników, policja, strażacy, przedstawiciele ruchów katolickich. Nie było polityków i dziennikarzy. No może poza chwilą jak się wydaje specjalnie ustawioną pod Gronkiewicz-Walz, która nagle gdy już znów staliśmy pod św. Anną, pojawiła się przy tym krzyżu by go razem z urzędnikami warszawskimi wnieść do kościoła. 
Oczywiście można powiedzieć, że ja się czepiam. Że na pewno byli tam w tym tłumie jacyś politycy, i że na przykład nie było także wśród niosących krzyż lekarzy. Tyle, że nie lekarze stanowią w Polsce prawo, ani dziesiątki innych zawodów i stanów których też siłą rzeczy nie dałoby się upchać w czternastu stacjach Drogi Krzyżowej. Ale dziennikarze i politycy to przecież co innego, prawda? Dla nich choćby jedna wspólna stacja powinna być na stałe w tą nową tradycję wpisana. A nie jest, choć to przecież już dwudziesty raz Warszawa wspólnie przemierza tą drogę. 
Mówcie sobie co chcecie. Ja w tą noc Wielkiego Piątku po raz kolejny zobaczyłem jak wiele wspólnego z moim wujkiem w sposobie patrzenia na nas zwykłych ludzi mają skaczący po słupach dziennikarze, i skaczący przed obiektywami ich aparatów politycy. Zrozumiałem, że ani ci dziennikarze ani ci politycy nie mają wiele wspólnego z tą częścią narodu, która w takich chwilach umie się tak pięknie wymieszać i staną obok siebie. Polityków i dziennikarzy to nie bierze. Oni są obok tego, i ponad to. To jest jedna i ta sama glina.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz