whos.amung.us

niedziela, 9 marca 2014

O tym, jak to musiało być pięknie w dawnej Polsce

Autor: Integrator

Będzie dziś o rzeczy, która przytrafiła mi się podczas zeszłotygodniowego pobytu na Podkarpaciu. Była dla mnie przyczyną paru radosnych refleksji i tej konstatacji, którą umieściłem w tytule.

Otóż z racji wykonywanego zawodu, od czasu do czasu wsiadam w samochód i jadę w Polskę robić swoje czyli to co przewiduje zakres moich obowiązków. Nie będę się tutaj rozwodził nad tym cóż to za praca i jakie to obowiązki, powiem tylko, że jest twórcza przez to bardzo wciągająca, a więc taka jaką zawsze chciałem mieć.

Tym razem, zgodnie w wyznaczonym zadaniem, rzuciło mnie na Podkarpacie. A że w samochodzie służbowym fabrycznie wmontowano nawigację, wbrew wcześniejszym nawykom podróżowania z papierową mapą, od jakiegoś czasu podpieram się owym GPS'em. To jest bardzo fajna sprawa ale jak wszystkie tego typu ułatwienia ma tą podstawowa wadę, że wyłącza myślenie. Każdy kto jeździ samochodem dużo i daleko, wie o czym mówię bo z pewnością nie raz złapał się na tym, że po jakimś czasie zaczyna podchodzić do tego co nam ten komputer pokazuje w sposób całkiem bezkrytyczny, i jedzie tam gdzie mu ta strzałka pokaże bez żadnej refleksji. Przez to ów GPS potrafi nas wyprowadzić a to w zamkniętą uliczkę, a to wąską lub pełną dołów polną drogą albo jak to miałem całkiem niedawno wprost na jakiś postpeerelowski plac pełen zrujnowanych magazynów. Bywa różnie. Nie są to bynajmniej sprawy częste, bo i co raz lepsze są mapy, ale przy odrobienie szczęścia, tudzież w efekcie nazbyt ekonomicznych ustawień nawigacji, wciąż się zdarzają. I mi się to właśnie przytrafiło.

Będąc drugi już dzień z kolei na tym Podkarpaciu, gdy szukałem upatrzonego wcześniej miejsca z myślą o noclegu (oczywiście agroturystyka, bo o hotelu w takim miejscu nie ma mowy), coś tam się źle na tym ekraniku pokazało i trafiłem w miejsce gdzie nie było już lamp, ani asfaltu, był za to jak się później okazało skraj sąsiedniej wsi, w koło pola no i ta na prawdę głucha i ciemna noc wokoło. (polecam jeśli ktoś tego nie widział, bo w mieście na takie cuda nie ma szans.) Pierwsza myśl w takich chwilach jest taka, żeby brnąć dalej bo gdzieś tam przecież w końcu się dojedzie, ale po parunastu metrach gdy w lusterku znikają światła domostw, a samochód zaczyna brnąć w błoto, rozum wraca na miejsce. Wrzuciłem więc na wsteczny, dojechałem do pierwszego domu i wysiadłem by zapytać o drogę. Wszedłem na podwórko i od razy przywitała mnie para psów, która swym ujadaniem zaalarmowała pracującą w chlewiku kobietę. Po grzecznym przywitaniu się i załatwieniu oficjałów, a więc gdy już dowiedziałem się jak dojechać do miejsca spoczynku – zawiązała się między nami typowa rozmowa, taka ogólnie o życiu a wynikła główne z faktu, że ja chciałem trochę odpocząć od kierowania a ta pani od ciężkiej pracy. Od słowa do słowa, od kroku do kroku trafiłem w końcu do kuchni, gdzie zostałem zaproszony by wypić ciepłą herbatę na dalszą drogę. A że ja byłem bardzo zmęczony kilkugodzinnym "siedzeniem za kółkiem", a pani całodzienną pracą w gospodarstwie to rozmowa zaczęła rozwijać się tak ładnie, że nagle okazało się, że nie da się inaczej jak tylko usiąść i zdrowo pogadać. Jak to było dawniej, gdy nie było jeszcze skype'a a ludzie by pogadać zasiadali przy jednym stole. Gadało się wyśmienicie, a gospodyni zgodnie z zasadą "Gość w dom, Bóg w dom" nie szczędziła serca i systematycznie zapełniała stół tak, że obok herbaty w krótkiej chwili stało ciasto, talerz świetnie zrobionego mięsa w sosie z przysmażaną cebulą, kiszone ogórki, ćwikła, i wielkie pajdy wiejskiego chleba krojonego po dawnemu, przez przyciskanie do ciała. Na prawdę pięknie musiałoby być niegdyś w naszej Polsce.

Wkrótce do tej naszej malej biesiady przyłączyła się reszta domowników, a więc gospodarz i ich mała córeczka, a że przytargała ze sobą swoje trzy koty, rozmowa od razu przeniosła się na temat zwierząt w których owi państwo byli bardzo rozmiłowani. Gdy więc opowiedziano mi o tych kotach wszystko co wydaje się ważne i konieczne, zaraz też zaczęła się rozmowa o psach, które Ci państwo kiedyś mieli i tych które mają obecnie a które tak klasycznie przywitały mnie przy furtce. I wtedy usłyszałem coś, co mnie do napisania tego postu zainspirowało. Oto ta pani mówiąc o szczeniaku którego niedawno komuś oddała, używać zaczęła słowa "Putin". Tak roboczo nazwała tego szczeniaka. Ja się rzecz jasna od razu spytałem, uśmiechnięty od ucha do ucha, dlaczego ona go tak nazwała na co dostałem rozbrajająco oczywistą odpowiedź - bo był bardzo podły. Na dowód czego pokazała mi ta pani pogryzione gumofilce, no i dodała, że wystarczyło się przy nim schylić a od razu łapał zębami za ucho. Czy ja tu muszę coś więcej pisać? To jest absolutnie piękne uczucie, gdy siedzi się w takiej chacie, zatopionej w kompletnej ciszy i czarnej nocy i słyszy się, że są ludzie którzy są tak czyści i nieskażeni szlamem otaczającego nas kłamstwa i konformizmu, że gdy trzeba nazwać rzeczy po imieniu to robią to w sposób absolutnie trafnie, w dodatku z nutą humoru.

I jeszcze jedna scena z uroczego Podkarpacia. Agroturystyka we wsi obok. Znów ta sama staropolska gościnność, znów gospodyni zaprasza na kolację a na stole rosół z kaczki, nóżki, wino domowej roboty. I znów nocne Polaków rozmowy. Też o polityce. Pytam w pewnej chwili na kogo tu się głosuje i jak tu ludzie widzą to co się w kraju wyprawia? I znów taka piękna, a przecież oczywista  odpowiedź - my tu wszyscy katolicy jesteśmy, wierzymy w Boga to jak mamy głosować, przecie, że na PiS. Długo żeśmy jeszcze rozmawiali i tylko obowiązki dnia następnego zmusiły do wstania, acz z ciężkim sercem, od stołu .

Gdy wracałem do Warszawy taka mnie myśl dopadła, że to co tam jest wciąż tak oczywiste u nas w miastach całkowicie już zostało pokręcone. I zaraz też zobaczyłem w myślach, jak ta pani w swej szczerości mówi w jakimś programie to swoje zdanie o PiS'ie i o tych katolikach, i jak rzuca się na nią cała banda publicystów, artystów i podobnych im intelektualnych transwestytów by z całą dotkliwością pokazać jej ciemną stronę współczesnej tolerancji. A potem widzę jak siedzą i nieprzytomnie rżą z niej przez resztę programu, nie dając więcej prawa do głosu, kipiąc przy tym z nerwów, że się taki dziwoląg mimo ich ciężkiej pracy nad polskim bydłem jeszcze uchował.

Królowo Polski, módl się za nami!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz