whos.amung.us

niedziela, 30 marca 2014

A ostatnie co im wybrzmi z krtani będzie "Wal się Kaczorze!"

Autor: Integrator

Zważywszy na to co się dzieje na Ukrainie, trudno jest dziś pisać o czym innym. Z drugiej strony, każdy temat ma swój okres ważności, po którym choćby nie wiem jak był istotny, staje się trudnym do spożycia. I nie jest to tylko efekt celowej roboty ludzi od propagandy, którzy starają się każdy niewygodny temat dla rządu obrzydzić nam do tego stopnia, że podobnie jak to jest dziś ze Smoleńskiem, na sam dźwięk tego słowa, większość nas krzywi się z bólem. Jest tak też dlatego bo taka jest ludzka natura, a już szczególnie naszego pokolenia, przywykłego do życia w strumieniu stale napływających informacji. A mimo to, mając świadomość faktu, że niektórym z nas temat Ukrainy już nie leży, jest coś co ja tu muszę jednak dodać w tym temacie, bo jak się okazuje jest ściśle związane z tym co siedzi w głowie tych których zwykliśmy nazywać "młodymi i wykształconymi z wielkich miast".
To był Sylwester. Znajomi żony zaprosili nas do siebie by wspólnie świętować nadejście Nowego Roku a przy okazji by zaprezentować nam swój wymarzony i w końcu wykończony dom. Ludzie zwykli jak my, więc tym chętniej przyjęliśmy zaproszenie a prócz nas zrobiło to jeszcze parę osób, w tym małżeństwo z dwójką dzieci o głowie której to rodziny będę tu pisał. Było to dopiero nasze drugie w takim gronie spotkanie, więc siłą rzeczy nie wypracowaliśmy jeszcze wspólnych wspomnień i nie mieliśmy naszych tylko tematów żeby sobie swobodnie ale i z sensem pogadać. Rozprawialiśmy więc o wszystkim, a jak o wszystkim to i rzecz jasna także o polityce. Sami wiecie jak z tym jest w Polsce. Zaczynamy gadać o pogodzie czy uprawie ziemniaków, a i tak w końcu na tej polityce kończymy. Więc i myśmy się na to pole ostatecznie wpakowali.
A zaczęło się od tego, że ów wspomniany człowiek okazał się mieć ten nieznośny sposób bycia, który kazał mu zwracać się do nas z pozycji człowieka elokwentnego, przy tym bardzo hałaśliwego i w swych gestach, że tak to ujmę niemal teatralnego. Mówił więc do nas ex ambona, opowiadał anegdoty, wykonywał zamaszyste gesty zajmując co raz to więcej przestrzeni - w pełnym tego słowa znaczeniu brylował. Zapuszczał się przy tym co raz bardziej w tematy trudne i trudniejsze nie widząc, że to co mu uchodziło przy sprawach błahych, przy poważnych zaczynało już drażnić zebranych, zmuszonych przez to do mniej lub bardziej dosadnej, wciąż jednak pohamowanej reakcji. I nawet gdy nas raczył treściami, że mu dżender ani pomalowane u synka paznokcie nie przeszkadzają, ktoś tam się nieznacznie tylko obruszył, reszta nie chcąc psuć Sylwestra głośniej tylko westchnęła, spuszczając solidarnie nad niepohamowanym mówcą litościwą zasłonę milczenia. Na próżno. On biorąc to najwyraźniej za oddanie pola, leciał już wszystkim co miał, nie zważając, że gości ubywa. I wtedy się zaczęło.
Poszło o to, że gdy nasz głośny mądrala, wygłosił co wiedział na wszelkie tematy, poczuł zaraz chęć by nas trochę o polityce pouczyć, właśnie. Zaczął więc od tego, że mu się to w głowie nie mieści, dlaczego ja tak zawzięcie patrzę na Rosję i stale podejrzewam, że ona tylko czeka chwili by nas napaść i wzorem przeszłych czasów ograbić i zniewolić. Tłumaczył mi tak głośno by reszta obecnych słyszała, że ja nie rozumiem współczesnych czasów i tej ekonomii, która wszystkim od dawna nowe reguły ustawia, iż taniej jest kupić niż niszczyć. I że tak właśnie do tego podchodzi Rosja, która woli mieć w nas dziś możnego klienta niż biednego parobka. Ja gdy się tylko ze zdziwienia otrząsnąłem, zacząłem mu wszystko prostować, że to co on gada jest niebezpiecznie wyjątkowe, i że gdy on nam się każe rozbrajać, w tej samej sekundzie inni pakują miliardy w czołgi i rakiety, w tym też i Rosja bez wyjątku, która Kaliningrad zrobiła już niemal twierdzą. Nic to, ten dalej swoje, ale już wyraźnie w emocjach, że Rosji taka Polska pełna ciułających grosiki biedaków do niczego w sumie nie jest potrzebna. I choć zaprzeczył tak temu co przed chwilą twierdził, ja mu dalej bez urazy kolejne z historii przykłady daję, że to dla Rosja nie jest akurat problem. I że ona już tak ma, że jak sąsiada co jakiś czas nie połknie lub go zdrowo nie poturbuje to jej się to zaraz czkawkami i rewolucjami odbija. Lecz i to na nic. On dalej o tej ekonomii, o tym, że my dla tej Rosji jako klienci bardzo jesteśmy potrzebni, i że nas w pewien sposób jej gaz wzajemnie łączy i uzależnia.

Przyznam, że się ja się już wtedy nieźle zaciąłem i zamiast iść jak reszta szukać butów i zwijać się do domu, dawaj go zacząłem nawracać. Mówię mu, że to jest właśnie piękny przykład na to, że nam ta armia jest jednak potrzebna, i gdyby nie ona, to już dawno by nas ta Rosja capnęła a ten swój gaz lała nam po cenie kosmicznej, w kosmicznych ilościach, najlepiej przez okres tak długi by z jednego do drugiego końca drogi mlecznej latawcem dolecieć. A że chciałem zbadać kto zaś, dodałem mu na deser, że jeśli o ten gaz chodzi to w sumie faktycznie bez znaczenia co my tam na poligonach chowamy, bo tak to dziś dokładnie bo kosmicznie z tym gazem w Polsce wychodzi. Wyborca Tuska się w nim na te słowa najwyraźniej ujawnił, bo się człowiek ewidentnie obraził, że ja takie "kłamstewka" w rozmowie używam. A gdy mu to od ręki w sieci pokazałem, wybrnął jak oni wszyscy, że to rzecz niesprawdzona, ale gdyby tak było to by się bardzo nie zdziwił bo Polacy już tak mają, że coś muszą ukraść,  coś sobie na boku upichcić.
Pozbierajmy ten bałagan to do kupy. Jest młody człowiek. Jest to wykształcenie i to duże miasto. Jest otwarcie na dżender i pomalowane paznokcie synka. I silna wiara, że nam armia nie potrzebna bo Rosja woli sprzedawać niż rabować. A przy tym to ślepe uwielbienie dla ekipy Tuska, która jeśli kradnie to tylko dlatego, że wszyscy Polacy to złodzieje. Czyż nie pięknie III RP tym biedakom umysły blokuje? 

Żona ma do mnie pretensję, że ja w Sylwestra o tych sprawach mówiłem. Mój tato temat uciął krótko - nie gada z człowiekiem który twierdzi, że księżyc jest z bananów. A mnie naszły zgoła takie refleksje, że to co jest na Ukrainie stać się musiało, skoro chodzą po ziemi i tacy ludzie. I zaraz też się zapytałem czy on widząc w mediach skutki takiego myślenia, choć spróbował coś zrozumieć, czy tylko wzruszył ramionami i obejrzał kolejny mecz przy piwie?

I w końcu ta myśl najciemniejsza, która chodzi za mną od tego Sylwestra, czy ci "młodzi i wykształceni", są aż tak w myśleniu zblokowani, że im się już niczego wytłumaczyć nie da? Pytam, szukając nadziei, bo w głębi duszy czuję, że tak właśnie jest. I to w stopniu na tyle głębokim, że gdyby w jakiś słoneczny poranek, tak całkiem dla zabawy tych "młodych i wykształconych" zaczął sobie Tusk łapać na ulicach a potem wieszać na ujazdowskich lampach, to oni nawet w tej dla siebie ciężkiej chwili nie umieliby powiedzieć skąd to i dlaczego? A "Wal się Kaczorze!" byłoby ostatnim, co by im z miażdżonej sznurem krtani wybrzmiało.

czwartek, 20 marca 2014

Dajmy szansę Kowalskim i Nowakom

Autor: Integrator

Jest czasem tak, że człowiek snuje się po domu, chodzi z kąta w kąt bez celu nie wiedząc co z sobą zrobić, a innym razem zwala mu się na głowę tyle spraw, że biega od ściany do ściany dla odmiany nie wiedząc od czego zacząć. Mnie to właśnie ostatnio dotknęło i to w takim stopniu, że najzwyczajniej w świecie nie było czasu by usiąść i coś tu sensownie naskrobać.
Ale gdy załatwiałem te wszystkie ważne dla mnie sprawy, które mnie od tego bloga tak skutecznie na przeszło tydzień odciągnęły, pomyślałem sobie, że to jest jak najbardziej dobry czas żeby wyjaśnić Wam w końcu o co chodzi z tym Pospolitym Pisaniem, które uparcie bije po oczach każdego kto po raz pierwszy a potem każdy kolejny raz odwiedza tego bloga. Pozwólcie, że wspomogę się porównaniem, które jak dla mnie dobrze całą sprawę tłumaczy.

Każdy kto choćby od czasu do czasu zmuszony jest napisać jakiś tekst na komputerze wie, że można to zrobić w programie Word z pakietu MicrosoftOffice, albo w jego darmowym odpowiedniku, programie Writer, który wchodzi w skład biurowego pakietu o nazwie  OpenOffice. Ja z oczywistych bo finansowych powodów wybrałem ten drugi a że z natury rzeczy lubię wiedzieć co i jak poczytałem sobie wcześniej o tym programie, jego twórcach i wszystkim co się dało znaleźć w sieci na ten temat. I wyszło mi, że to słowo "open" jest rodzajem identyfikatora dla wszystkich programów, które tworzone są w ramach tzw. OpenProject. Nie będę zagłębiał się w szczegóły techniczne,  kto chce sam sobie poczyta. Napiszę tylko to co najważniejsze dla zrozumienia inicjatywy której budowy się podjąłem. A więc o tym OpenProject najważniejsze jest wiedzieć, że pewna grupa ludzi usiadła sobie kiedyś przy jednym stole i wymyśliła, że nie da już więcej ani centa za żaden program komputerowy, no a że te programy są do wykonywania różnych prac jednak potrzebne to zacieli się w silnym postanowieniu, że zaczną je po prostu tworzyć sami. Wymyślili też, że do tego projektu łatwiej przyciągną innych jeśli pozwolą im w dowolnej chwili dołączyć się do niego, co w praktyce realizuje się tak, że programy które oni piszą udostępniane są od razu z pełnym kodem źródłowym. Dzięki temu każdy może korzystać z tych programów całkowicie za darmo, a jeśli ktoś umie programować, może wprowadzić do niego stosowne poprawki pod warunkiem, że zrobi to pro publico bono, bo i w tej formule sam ten program otrzymał. Pomysł chwycił i dziś mamy w sieci alternatywny obieg całkowicie darmowych programów z grupy OpenSource, które swą funkcjonalnością nie odbiegają niczym od tych za które zwykliśmy płacić. I świat stał się od razu piękniejszy. Chcesz zrobić arkusz kalkulacyjny, proszę bardzo jest takowy w pakiecie OpenOffice. Szukasz rozbudowanego programu do obróbki grafiki, nie ma problemu wystarczy ściągnąć program GIMP.

Mam nadzieję, że ci którzy już czują o czym chcę dalej pisać nie walają się teraz po podłodze ze śmiechu, bo ja do rzeczy podchodzę jak najbardziej poważnie. Zróbcie mi więc proszę tą przyjemność, podnieście się z tej podłogi i grzecznie posłuchajcie bo to wcale nie jest rzucanie się z motyką na słońce. Wszystko jak zawsze zależy od tego jak wiele osób uda się do pomysłu przekonać, a w głębi serca wiem, że nie tyle przekonać co pozbierać do kupy, bo dobre strony tego pomysłu dostrzegają jak sądzę wszyscy. Zatem zamiast tracić czas na turlanie, zastanówcie się czy to nie jest rzecz o Was i dla Was, właśnie? 

A więc chcę tu oznajmić, że ja podobnie jak opisani ludzie od programów OpenSource, mam dość płacenia za to co może być za darmo i tak jak oni głęboko wierzę, że nie wszystko musi być takie jak się tylko wybranym przyśniło. I piszę to z pełną świadomością faktu, że jest już na rynku coś co się nazywa salon24, gdzie można i czytać i pisać za darmo, a zatem pojawia się od razu pytanie czy ten mój pomysł to nie jest przypadkiem to samo, a jeśli nie to gdzie tkwi różnica?

Otóż ja nie mówię o kolejnym sieciowym salonie, gdzie w przerwie pracy redakcyjnej znów zaczną się lansować "znani i lubiani". Gdzie cała reszta blogerów będzie tylko wypełnieniem tła i napędzającą portal masą, która ma szansę zaistnieć tylko jako komentator tego co napisały gwiazdy, nie zaś jako równoprawny ich partner w dyskusji. Myślę, że ten schemat o którym tu piszę jest już tak silnie zakorzeniony w różnych tego typu przedsięwzięciach, że Wy to sami dobrze czujecie i rozumiecie, i podobnie jak ja, zaczyniacie mieć po woli dość czytania na okrągło tych samych publicystów, którzy przed laty zawładnęli naszą przestrzenią słowa i konsekwentnie ją do dziś blokują. Przez co nie ma różnicy czy weźmiemy do ręki kolorowy tygodnik czy odwiedzimy któryś z tego typu portali, zawsze trafimy na te same twarze, te same poglądy i te same słowa.

Ja nie wątpię, że taki Ziemkiewicz, Semka, Mazurek albo Wildstein mają coś bardzo ciekawego do powiedzenia. Oni w gruncie rzeczy żyją z tego, że piszą o tym co sobie na konkretny temat myślą. Ale jakoś trudno mi uwierzyć, że tych kilku panów zjadło wszystkie rozumy i to co oni napiszą jest pełną i ostateczną analizą rozważanego zagadnienia. To jest przecież oczywiste, że oni widzą tylko urywek rzeczywistości na tyle szeroki na ile pozwala im go zobaczyć ich intelekt, tudzież wyrobienie które nabyli odpowiednio długo obracając się w temacie zagadnień polityczno-społecznych. Niemniej to co napiszą zawsze będzie tylko tym urywkiem, i nie ważne jak bardzo Ziemkiewicz będzie prostował ten swój kręgosłup, a Wildstein dla nadana sobie powagi nadymał wargi, nic więcej ponad to co im Bozia dała nie wymyślą. I zawsze to co sklecą, choćby ze sobą współpracowali będzie tylko częścią prawdy. Przy czym im dłużej będą tkwili w hermetycznej grupie podobnych sobie dziennikarzy, tym ten ich sposób postrzegania świata będzie co raz bardziej schematyczny, tendencyjny a obraz wykładanych nam spraw pozornie tylko właściwy. Właśnie tak. I oni są akurat na najlepszej ku temu drodze. Bo już dziś ci nasi głosiciele prawicowego słowa zabetonowali się we własnym kręgu w takim stopniu, że ja choć śledzę publicystykę polską dość dokładnie, na prawdę  już nie pamiętam kiedy to ostatnio doszła do tego grona jakaś nowa głowa a wraz z nią choćby powiew intelektualnej świeżości. Wszystko jest takie same od lat, wszystko się kręci wokół tych paru twarzy które musimy chcąc czy nie oglądać, słuchać, czytać.

No więc proszę bardzo, oto mamy tą rzecz która wyróżnia to co ja tu chcę zrobić od tego co już mamy na rynku - pospolitość. Chciałbym by ten projekt, który nazwałem Pospolitym Pisaniem Pospolitym Ruszeniem był takim otwartym projektem strefy słowa, furtką dla każdego kto zna się na tym co robi i umie o tym napisać tak by reszta czytała z zapartym tchem a przynajmniej ze zrozumieniem. By to było wciąż coś jak najbardziej dla zwykłych ludzi, ale dla odmiany także przez nich samych tworzone. Zatem jeśli znasz się na polityce, zapraszam! Na  sztuce? Jeszcze lepiej, napisz coś o tym. A może chcesz napisać o tym jak kupowałeś bułki w Biedronce? Czemu nie. Jeśli umiesz to zrobić tak, że zainteresujesz tym czytelników to proszę bardzo ten portal jest i dla Ciebie. 
A więc Pospolite pisanie jako pospolite ruszenie - OpenProject pisanego słowa. Jeśli chcesz by twoje teksty ukazywały się na tym blogu, a w przyszłości na portalu o tej samej nazwie, to zapraszam do współtworzenia. Nie umiesz pisać, to może znasz kogoś kto umie? Powiedz mu wtedy, że tutaj na niego czekają. Niech nie wysyła swych tekstów do szuflady, i nie żebrze po redakcjach by go puszczono do druku. Powiedz mu, że tu jest jego miejsce, jak i każdego kto chce i umie posługiwać się piórem.

Ooooo, rozpędziłem się. Przepraszam, to nie jest miejsce dla wszystkich. Nie dla Mazurków jeśli to będzie ten Mazurek, ani Wildsteinów, ani Warzechów, Karnowskich, Semków i pozostałych kolegów z ich getta do którego tak usilnie strzegą dostępu. Wy macie już Panowie gdzie pisać. Dajmy szansę innym, także Kowalskim i Nowakom. Niech i oni mają to miejsce gdzie zaczną wyrabiać sobie nazwisko, miejsce skąd będą mogli odbić się dalej.

Zapraszam do kontaktu: tygodniksolidarni@gmail.com

niedziela, 9 marca 2014

O tym, jak to musiało być pięknie w dawnej Polsce

Autor: Integrator

Będzie dziś o rzeczy, która przytrafiła mi się podczas zeszłotygodniowego pobytu na Podkarpaciu. Była dla mnie przyczyną paru radosnych refleksji i tej konstatacji, którą umieściłem w tytule.

Otóż z racji wykonywanego zawodu, od czasu do czasu wsiadam w samochód i jadę w Polskę robić swoje czyli to co przewiduje zakres moich obowiązków. Nie będę się tutaj rozwodził nad tym cóż to za praca i jakie to obowiązki, powiem tylko, że jest twórcza przez to bardzo wciągająca, a więc taka jaką zawsze chciałem mieć.

Tym razem, zgodnie w wyznaczonym zadaniem, rzuciło mnie na Podkarpacie. A że w samochodzie służbowym fabrycznie wmontowano nawigację, wbrew wcześniejszym nawykom podróżowania z papierową mapą, od jakiegoś czasu podpieram się owym GPS'em. To jest bardzo fajna sprawa ale jak wszystkie tego typu ułatwienia ma tą podstawowa wadę, że wyłącza myślenie. Każdy kto jeździ samochodem dużo i daleko, wie o czym mówię bo z pewnością nie raz złapał się na tym, że po jakimś czasie zaczyna podchodzić do tego co nam ten komputer pokazuje w sposób całkiem bezkrytyczny, i jedzie tam gdzie mu ta strzałka pokaże bez żadnej refleksji. Przez to ów GPS potrafi nas wyprowadzić a to w zamkniętą uliczkę, a to wąską lub pełną dołów polną drogą albo jak to miałem całkiem niedawno wprost na jakiś postpeerelowski plac pełen zrujnowanych magazynów. Bywa różnie. Nie są to bynajmniej sprawy częste, bo i co raz lepsze są mapy, ale przy odrobienie szczęścia, tudzież w efekcie nazbyt ekonomicznych ustawień nawigacji, wciąż się zdarzają. I mi się to właśnie przytrafiło.

Będąc drugi już dzień z kolei na tym Podkarpaciu, gdy szukałem upatrzonego wcześniej miejsca z myślą o noclegu (oczywiście agroturystyka, bo o hotelu w takim miejscu nie ma mowy), coś tam się źle na tym ekraniku pokazało i trafiłem w miejsce gdzie nie było już lamp, ani asfaltu, był za to jak się później okazało skraj sąsiedniej wsi, w koło pola no i ta na prawdę głucha i ciemna noc wokoło. (polecam jeśli ktoś tego nie widział, bo w mieście na takie cuda nie ma szans.) Pierwsza myśl w takich chwilach jest taka, żeby brnąć dalej bo gdzieś tam przecież w końcu się dojedzie, ale po parunastu metrach gdy w lusterku znikają światła domostw, a samochód zaczyna brnąć w błoto, rozum wraca na miejsce. Wrzuciłem więc na wsteczny, dojechałem do pierwszego domu i wysiadłem by zapytać o drogę. Wszedłem na podwórko i od razy przywitała mnie para psów, która swym ujadaniem zaalarmowała pracującą w chlewiku kobietę. Po grzecznym przywitaniu się i załatwieniu oficjałów, a więc gdy już dowiedziałem się jak dojechać do miejsca spoczynku – zawiązała się między nami typowa rozmowa, taka ogólnie o życiu a wynikła główne z faktu, że ja chciałem trochę odpocząć od kierowania a ta pani od ciężkiej pracy. Od słowa do słowa, od kroku do kroku trafiłem w końcu do kuchni, gdzie zostałem zaproszony by wypić ciepłą herbatę na dalszą drogę. A że ja byłem bardzo zmęczony kilkugodzinnym "siedzeniem za kółkiem", a pani całodzienną pracą w gospodarstwie to rozmowa zaczęła rozwijać się tak ładnie, że nagle okazało się, że nie da się inaczej jak tylko usiąść i zdrowo pogadać. Jak to było dawniej, gdy nie było jeszcze skype'a a ludzie by pogadać zasiadali przy jednym stole. Gadało się wyśmienicie, a gospodyni zgodnie z zasadą "Gość w dom, Bóg w dom" nie szczędziła serca i systematycznie zapełniała stół tak, że obok herbaty w krótkiej chwili stało ciasto, talerz świetnie zrobionego mięsa w sosie z przysmażaną cebulą, kiszone ogórki, ćwikła, i wielkie pajdy wiejskiego chleba krojonego po dawnemu, przez przyciskanie do ciała. Na prawdę pięknie musiałoby być niegdyś w naszej Polsce.

Wkrótce do tej naszej malej biesiady przyłączyła się reszta domowników, a więc gospodarz i ich mała córeczka, a że przytargała ze sobą swoje trzy koty, rozmowa od razu przeniosła się na temat zwierząt w których owi państwo byli bardzo rozmiłowani. Gdy więc opowiedziano mi o tych kotach wszystko co wydaje się ważne i konieczne, zaraz też zaczęła się rozmowa o psach, które Ci państwo kiedyś mieli i tych które mają obecnie a które tak klasycznie przywitały mnie przy furtce. I wtedy usłyszałem coś, co mnie do napisania tego postu zainspirowało. Oto ta pani mówiąc o szczeniaku którego niedawno komuś oddała, używać zaczęła słowa "Putin". Tak roboczo nazwała tego szczeniaka. Ja się rzecz jasna od razu spytałem, uśmiechnięty od ucha do ucha, dlaczego ona go tak nazwała na co dostałem rozbrajająco oczywistą odpowiedź - bo był bardzo podły. Na dowód czego pokazała mi ta pani pogryzione gumofilce, no i dodała, że wystarczyło się przy nim schylić a od razu łapał zębami za ucho. Czy ja tu muszę coś więcej pisać? To jest absolutnie piękne uczucie, gdy siedzi się w takiej chacie, zatopionej w kompletnej ciszy i czarnej nocy i słyszy się, że są ludzie którzy są tak czyści i nieskażeni szlamem otaczającego nas kłamstwa i konformizmu, że gdy trzeba nazwać rzeczy po imieniu to robią to w sposób absolutnie trafnie, w dodatku z nutą humoru.

I jeszcze jedna scena z uroczego Podkarpacia. Agroturystyka we wsi obok. Znów ta sama staropolska gościnność, znów gospodyni zaprasza na kolację a na stole rosół z kaczki, nóżki, wino domowej roboty. I znów nocne Polaków rozmowy. Też o polityce. Pytam w pewnej chwili na kogo tu się głosuje i jak tu ludzie widzą to co się w kraju wyprawia? I znów taka piękna, a przecież oczywista  odpowiedź - my tu wszyscy katolicy jesteśmy, wierzymy w Boga to jak mamy głosować, przecie, że na PiS. Długo żeśmy jeszcze rozmawiali i tylko obowiązki dnia następnego zmusiły do wstania, acz z ciężkim sercem, od stołu .

Gdy wracałem do Warszawy taka mnie myśl dopadła, że to co tam jest wciąż tak oczywiste u nas w miastach całkowicie już zostało pokręcone. I zaraz też zobaczyłem w myślach, jak ta pani w swej szczerości mówi w jakimś programie to swoje zdanie o PiS'ie i o tych katolikach, i jak rzuca się na nią cała banda publicystów, artystów i podobnych im intelektualnych transwestytów by z całą dotkliwością pokazać jej ciemną stronę współczesnej tolerancji. A potem widzę jak siedzą i nieprzytomnie rżą z niej przez resztę programu, nie dając więcej prawa do głosu, kipiąc przy tym z nerwów, że się taki dziwoląg mimo ich ciężkiej pracy nad polskim bydłem jeszcze uchował.

Królowo Polski, módl się za nami!

niedziela, 2 marca 2014

Słabość okazana silnemu tylko apetyt w nim wzmaga

Autor: Integrator

Historię na poziomie podstawowym każdy z nas zna, przynajmniej na tyle by wiedzieć jak "przyszli" nam z pomocą sojusznicy gdy napadły nas na spółkę faszystowskie Niemcy z bolszewicką Rosją. Nikt w przestraszonej Europie nie chciał wówczas umierać za Polskę, która za nic mając ich święty spokój uparcie broniła "korytarza". I gdyśmy się zdradzeni wykrwawiali, oni tam bardzo przejęci wciąż debatowali i protestowali. Kilka miesięcy później, te same czołgi którym pozwolono niszczyć Polskę,  kruszyły miasta zdziwionej takim rozwojem wypadków Europy. Nie rozumieli ówcześni politycy, że słabość okazana silnemu tylko apetyt w nim wzmaga.
Nie inaczej jest dziś na Ukrainie. Oto mamy Rosję w roli silnego, Ukrainę w roli osamotnionego choć nie jest pewne czy słabszego. No i Europę jeszcze bardziej strachliwą więc gdy Majdan wezwał pomocy, stać ją tylko na protesty i apele. 
W roku 1933, Józef Piłsudski widząc, co się dzieje w Niemczech, wysłał do Francji emisariusza z propozycją wspólnego uderzenia wyprzedzającego, by zdusić w zarodku to co tam już wtedy z taką siłą pulsowało. Francja odmówiła a potem było już za późno. Nie zachęcam do wspólnego uderzenia na Rosję, ale stworzenie wspólnego frontu na taki wypadek (a póki co jako forma oporu przeciwko jej zakusom, potwierdzona ruchami wojsk), jest pilne i wskazane. Piłsudski dobrze rozumiał język używany przez Rosję i z powodzeniem go stosował. Gdy z nią prowadził rozmowy, nasze wojska stały na granicy gotowe do marszu. Bo ona tylko ten język rozumie, który z powodzeniem od wieków sama stosuje, sprawdzając przy okazji jak daleko może się posunąć. A po tym jak Europa milczała w sprawie tragedii smoleńskiej, Moskwa wiedziała, że nadszedł już jej czas. 
Od ostatniej wojny minęło wiele lat, lecz wciąż żyją ludzie którzy ją pamiętają. I dobrze wiedzą, a my wiemy to z książek, że wszystko zaczęło się od tego kawałka ziemi, którego zażądał Hitler a którego mu Polska dać nie chciała.  Czy my z tej lekcji cośkolwiek wynieśliśmy? Biada Europie jeśli myśli, że oddając Rosji Krym cokolwiek powstrzyma. Potem będzie Gruzja, dawne republiki, aż w końcu przyjdzie po nas. I znów woja rozleje się po Europie.
Jest coś podłego wręcz nieprzyzwoitego, gdy w obliczu informacji o bojowej gotowości wojsk rosyjskich, Europę stać tylko na ubolewania, jak to zrobiła dziś Francja i Wielka Brytania, a wcześniej Ashton minister UE. Bo ile rosyjskich czołgów jest w stanie zatrzymać tym jęczeniem?
Dziś Ukraina jak Polska przed 70ciu laty, może liczyć tylko na siebie. Na szczęście, już to rozumie skoro przestała czekać na zachód, nazywa rzeczy po imieniu i nie drży ze strachu gdy trzeba użyć słowa wojna. O sile Rosji mówią dwa lata które zabrało jej "porządkowanie" spraw w malutkiej Czeczenii, o sile Ukrainy zawziętość i determinacja Majdanu. Więc Rosja dobrze rozumie, że jeśli sięgnie po to co ukraińskie, będzie musiała krwią płacić. I choć aspiracje nadal duże, wszak trudno z mięsożercy zrobić wegetarianina, to jest okazja by w końcu powiedzieć jej "sprawdzam".
Nie licz Ukraino na Europę, nie licz, że ci przyjdzie z pomocą. Masz w sobie wszystko co potrzebne do zwycięstwa.
Na koniec ciasteczko, czyli o czymś nie koniecznie na temat ale wartym uwagi, taki smakołyk dnia.
Oto główne wiadomości z onet.pl, w kolejności jak na stronie:
1. Czy NATO rozmieści wojska na granicy Polski z Ukrainą?
2. Kijów: zastrzelono trzech policjantów
3. Incydent na trasie z Krymu do Moskwy 
4. Rewolucja w armii USA. Będzie całkiem nowa broń 
5. Dmitrij Miedwiediew ostrzegł premiera Ukrainy...

a co w związku z tym u nas?

6. Rząd Tuska szykuje zmiany dla kupujących auta

Kim trzeba być by w chwilach kryzysu blisko granic Polski, takimi duperelami się zajmować?