whos.amung.us

czwartek, 23 stycznia 2014

Do czego prowadzi nas Franciszkomania?

Autor: Integrator

Dostałem niedawno email w tytule którego widniało słowo "Franciszkomania" i w którym ktoś, jak się można łatwo domyśleć, zachwycał się  kolejnym "wyczynem" Papieża Franciszka. Zaraz to sobie wyguglowałem i najwyraźniej wychodzi na to, że "Franciszkomania" to już sprawa powszechna a jako termin oznacza to wszystko co się w popstar`owy stylu wokół nowowybranego następcy św. Piotra aktualnie uprawia.

Owo zwyczajowe zainteresowanie życiem Papieża ze strony mniej lub bardziej wierzącego ludu ja jak najbardziej rozumiem. Tak jak i rozumiem globalne zapotrzebowanie na te wszystkie gadżety z podobizną Ojca Świętego, które w nieprzeciętnej ilości zalegają na straganach podczas wszelakich odpustów. Tak już jako ludziska mamy a i zdaje się Watykan na to przystaje, skoro daje zgodę by takie "dzieła" powstawały. W sumie nie wiem jak z tym jest do końca, ale nie martwi mnie to ani też się nie dziwię, że w końcu i takie emaile wędrują sobie po sieci. Mój spokój pozostaje niezmącony póki to wszystko kręci się z powodu przyziemnej potrzeby Kowalskiego by mieć kubek "z Papieżem", czy choćby z oczywistej chęci zarobienia trochę pieniędzy przez tego kto ten kubek zrobił. Gorzej gdy źródłem wszystkiego okaże się coś znacznie poważniejszego, coś docelowo złego i z zamysłem forsowanego.

Zaraz usłyszę serię, że się czepiam, marudzę, że psuję całą przyjemność i dobrą zabawę, ale właśnie o tą zabawę mi chodzi. Bo jak dotąd w tym całym hałasie jaki media robią wokół Ojca Świętego, nie udało mi się odnotować tego co najważniejsze. Oto wiemy już, że Papież mieszka u sióstr zakonnych, że jeździ lichym autem, że zrezygnował z drogiego ubioru i że dzwoni do zwykłych ludzi pogadać o życiu. Dobrze, pięknie, nic w tym złego, to jest jak najbardziej na plus. Marudzę, bo przy tych wszystkich "och-acha", tym medialnym show pt. "Zobaczmy co tam u Franciszka" znika z pola widzenia to co najważniejsze. Benedykt XVI, wiem to z tych samych mediów, obdarowywał nas kolejnymi regulacjami, naukami, wskazówkami, że wspomnę tylko o przywróceniu trydenckich mszy świętych, czy przypomnieniu kapłanom o ich odpowiedzialności za trwałość węzła małżeńskiego w obliczu wzrastającej liczby tzw. "rozwodów kościelnych". Co w kwestii nauki wiary zrobił Jego następca, tego już nie wiem. Te informacje przysypano "newsami" o ekstra ordynarnych zwyczajach Papieża.

Rzecz oczywista iż to, że ja nie wiem zbyt wiele o naukach Ojca Świętego Franciszka to dowód mego lenistwa, w dodatku szczególnego bo lenistwa w wierze, jako że katolik sam z siebie winien zgłębiać nauki głoszone przez głowę Kościoła. I nie ma wątpliwości, że gdybym chciał, to pewnie bym to wszystko czego mi w przekazie medialnym brakuje spokojnie sam wygrzebał. Tyle, że sprawa nie w tym, że mi się nie chce, bo brak tych informacji zmusi mnie w końcu do ich szukania, a w tym, że takich "przymuszonych" znajdzie się li tylko garstka, reszta zaś jak zwykle poprzestanie na tym co im przez ekran podadzą. I gdyby to było choćby minimum jak za poprzednich Papieży, to ja bym tu pewnie pisał teraz bloga o czym innym, wiedząc po samym sobie, że jednak cośkolwiek o nauczaniu Ojca Świętego do nich dotrze. Tym czasem ja się naprawdę całkiem serio obawiam, że ta zmiana z jakości informacji na rzecz ilości, jest tak nagła i powszechna, że pozwala przypuszczać, że mamy do czynienia z zamierzonym działaniem, z budowaniem ustalonego wcześniej obrazu nowego Papieża. Proszę się przez chwilę zastanowić nad tym co ja tu piszę, a na pewno wszyscy się zgodzimy, że choć komercja nie oszczędzała także Jana Pawła II i można było Go znaleźć tak na biletach włoskiej komunikacji jak i w postaci mosiężnej miniaturki na niemal każdym wiejskim bazarku, to jednak cośkolwiek o Jego czy Benedykta XVI nauce od czasu do czasu nam poprzez mediach podano. Tym razem jest inaczej. Skupia się naszą uwagę na tym co na zewnątrz, nie zaś na tym co ważniejsze a co wewnątrz. A to najczęściej prowadzi do jednego.

I to jest właśnie sedno o którym tu chciałem. Papież Franciszek, za sprawą trików medialnej inżynierii, traci z każdą chwilą trwania "Franciszkomanii" cząstkę swej Świętobliwości, stając się jednym z nas, wspólnym kolegą, po prostu Franciszkiem. I tak z następcy św. Piotra, któremu Jezus powierzył misję prowadzenia Jego Kościoła, i któremu z tej racji oddajemy cześć i szacunek, gdzieś tam w ukrytej części naszej świadomości lepi się kogoś fajnego, niemniej przez to już całkiem pospolitego. Stąd tylko krok do tego by przyjmować to co On chce nam powiedzieć bez specjalnej uwagi, a i Jego samego nawet jeśli jest głową naszego Kościoła z przymrużeniem oka. I ja bym się nie zdziwił, gdyby nagle jakiś mądrala prowadzący poranną audycję radiową, lub wieczorny program rozrywkowy zaczął mówić o Franciszku mając na myśli właśnie Ojca Świętego. A potem komentując, jakąś Jego naukę, np. o dżender, bo to ostatnio powód dla nich wszystkich do dobrej zabawy, uznałby za stosowne powiedzieć, że on się z Franciszkiem nie zgadza. Tak po prostu. Dając przy tym sygnał reszcie mu podobnych do masowej krytyki Papieża, która niczym lawina zwali się pomiędzy maluczkich, przełamując w nich granice w kwestii szacunku dla Ojca Świętego z pradziada  na dziada przenoszone. I tego właśnie we "Franciszkomanii" najbardziej się boję.
Tym bardziej, że sieć jest już jej pełna, a my jak widać dajemy się na nią łapać całymi ławicami. Trudno. Tylko gdy "to" się stanie, niech nikt potem nie wznosi rąk ku niebu - "jak tak można było", i nie załamuje ich w geście rozpaczy - "jak ktoś śmiał coś takiego", bo ja w szczerość tych lamentów po prostu nie uwierzę. Za to raz jeszcze z uporem, dmuchając na zimne, wszystkich z tego miejsca ostrzegam, że zdzieranie sacrum z Ojca Świętego (choćby i w dobrej wierze), tak się właśnie skończyć może. A jeśli mam rację, naprawdę smutnych czasów dożyjemy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz